Pana bohaterowie poznali się 18 lat temu "Przed wschodem słońca". Po 9 latach spotkali się w Paryżu "Przed zachodem słońca". Teraz wracają w "Przed północą". Po prawie dwóch dekadach nie ma pan ich dosyć?
Richard Linklater: Zawsze w długim związku ludzie trochę się sobą nudzą, drażnią, potrzebują przestrzeni. Ale mimo wszystko muszą się akceptować. Śmieje się pan, ale naprawdę mam wrażenie, że ta fikcyjna para ma już swoje życie, które co jakiś czas przeplata się z moim. Lubię te spotkania.

Oparte na dialogu "Przed północą" sprawia wrażenie niemal seansu psychoterapeutycznego.
Trochę tak jest. Scenariusz pisaliśmy we troje – z Ethanem Hawke'em i Julie Delpy. Najpierw długo mailowaliśmy. Później zamknęliśmy się razem w hotelu. Opowiadaliśmy sobie sprośne dowcipy, gadaliśmy o filmach, zwierzaliśmy się z sytuacji, które sami przeżyliśmy w związkach. Z tych rozmów ulepiliśmy dialogi bohaterów.

Nie obawiali się państwo, że nowy film nie dorośnie do legendy poprzednich części?
Baliśmy się drugiej części cyklu. Po wspaniałym, wiedeńskim doświadczeniu mieliśmy znowu powołać do życia Jesse'ego i Celine. Nie wiedzieliśmy, czy nie popełniamy błędu. Ale się udało. Przez kolejne lata po "Przed zachodem słońca" każdy wywiad dziennikarze kończyli: "A tak w ogóle, Richard, czy Jesse i Celine zejdą się z sobą?". Bez tremy wróciliśmy do ich historii.

Zastanawiali się państwo, jak czas odbije się na Jesse'em i Celine?
Ich przemiana jest naturalna. Kiedy mieli po dwadzieścia lat, byli żądni przygód i nowych doświadczeń. Codziennie zadawali sobie setki pytań, nie bali się szukać na nie odpowiedzi. Ale już jako trzydziestolatkowie stracili część wolności. Jesse musiał zdążyć na samolot, Celine wrócić do swoich obowiązków. Nie mogli po prostu wysiąść z pociągu w Wiedniu. Teraz mają swoje lata i chcą odzyskać trochę dawnej świeżości.

Zawsze portretuje ich pan w Europie.
Konflikt kulturowy jest jednym z powracających wątków serii. Grecja świetnie go podkreśla. Tam czuje się historię. Co krok natrafia się na budynek wzniesiony tysiące lat temu. To imponuje Amerykanom. Ale uważałem, żeby nie zrobić pocztówki. Nie znoszę stereotypów. Mieszkam w Austin, a mówi się, że największym problemem tego artystycznego miasta jest to, że otacza je Teksas. Strasznie mnie drażni, kiedy filmowcy przyjeżdżają w moje strony i opowiadają o hodowcach krów.

W pana serii czuje się francuskie, lekkie podejście do miłości. Chciał pan w środku kryzysu tchnąć w widzów nadzieję?
Tak, ale nie łatwą. W filmie pada zdanie: "Zbyt dużo nadziei cię zabije". Nie lubię taniego, głupkowatego optymizmu. Śmiech jest tu sposobem na rutynę związku, dramaty, napięcie współczesnych czasów. Nie wytrzymałbym dnia bez dystansu do siebie, dostrzegania absurdów codzienności.

"Przed północą" zmusiło pana także do refleksji nad tym, jak pan się zmienił?
Pewnie, te filmy są również opowieścią o Julie, Ethanie i o mnie. Przez te dwie dekady dużo przeżyliśmy, przeczytaliśmy mnóstwo książek, obejrzeliśmy setki filmów. Ale kiedy spotykamy znajomych sprzed lat, słyszymy: "Stary, nic się nie zmieniłeś". Mimo że mamy dzisiaj znacznie dłuższe biografie i wychowujemy łącznie ośmioro dzieci. Uwierzy pan? Kiedy kręciliśmy "Przed wschodem słońca", miałem roczną córkę. Dzisiaj ona jest już w college'u.

Zatrudnił pan ją do filmu "Boyhood".
Rozwijam ten projekt od 2002 roku – to opowieść o dorastaniu. Kiedy Lorelei miała 9 lat, marzyła o roli w filmie i była w niej bardzo dobra. Ale po drodze zdała sobie sprawę, że aktorstwo nie jest jej powołaniem, zaczęła malować. Stale pyta, czy nie mógłbym zabić jej bohaterki. A ja wtedy wyciągam z biurka umowę. I kończy się dyskusja.

A pan wciąż ma zapał? Poznaje pan dzisiaj w sobie tego naturszczyka, który nagle postanowił zostać reżyserem i zaczął kręcić filmy?
Na tym polega urok mojej pracy. Każdy film sprawia, że czuję się debiutantem. Bo wymaga innej energii. I ja ją w sobie znajduję.

Jak w tym czasie zmienił się świat kina niezależnego?
Stał się trudniejszy. Zamknęły się dla nas drzwi do niechętnych do ryzyka dużych producentów. Kilkanaście lat temu wykorzystałem ostatni moment, kiedy istniały mosty między studiami a niezależną produkcją. Dzisiaj nikt by mi nie sfinansował w Universalu "Uczniowskiej balangi". Ale z drugiej strony – kręcone własnym sumptem filmy coraz częściej przedzierają się do głównego obiegu i funkcjonują w kulturze, co roku któryś z nich zostaje zauważony przy Oscarach. Cieszę się, że taki film jak "Przed północą" mógł powstać.

Musi pan czasem chodzić na kompromisy?
Muszę kombinować. Nawet to lubię. Ograniczenia sprawiają, że nie osiada się na laurach. Trzeba nieustannie zastanawiać się, jak przy użyciu niewielkich środków sprawnie opowiedzieć historię. To rodzi unikalne rozwiązania fabularne, świeżość spojrzenia.

Ale o realizację swoich projektów walczy pan latami.
Nie przeszkadza mi to. Mam na swojej półce wiele scenariuszy, po które w odpowiednich momentach sięgam. Pomysł na zeszłorocznego "Berniego" pojawił się w mojej głowie na początku lat 90. Ponad 10 lat czekał na skierowanie do realizacji. Czas tylko uświadamia, które teksty naprawdę leżą mi na sercu.

A za kolejne 9 lat znów opowie pan o Jesse'em i Celine?
Szczerze? Nie wiem. Musimy przeżyć ten czas i zobaczyć, czy będziemy mieli coś nowego do opowiedzenia. Julie i Ethan muszą się znowu trochę zestarzeć. Ale w życiu nigdy nic nie wiadomo – także o tym są nasze filmy. Jednego jestem pewien. Jeśli powstanie kolejna część, o pięćdziesięciolatkach, w tytule też będzie słowo "przed". Bo zawsze chcemy patrzeć naprzód, nie za siebie.