Jak to jest być niegrzeczną dziewczynką?
Rachel Weisz: Cudownie. Od dawna bardzo chciałam zagrać postać złą do szpiku kości, kłamliwą oszustkę i okropną manipulantkę. Im bardziej moja bohaterka Evanora zatracała się w swojej niegodziwości, tym większą czerpałam przyjemność z tej roli. Na co dzień moim głównym problemem są zakupy w supermarkecie i planowanie tego, co ugotuję na obiad, więc była to znakomita odskocznia. Przez te parę miesięcy moje życie staje się tak samo interesujące, jak życie postaci, którą gram.

Można odnieść wrażenie, że aż za bardzo ci się spodobało...
Oj, tak. Oczywiście nie jest to rola wymagająca ode mnie jakiegoś szczególnego psychologicznego zaangażowania, w końcu nie gram złej dyktatorki, ale rzecz dzieje się w Krainie Oz, gdzie panują inne zasady, to wszystko jest zabawą. Chociaż moja postać to prawdziwa szuja, nie można brać jej serio, jest przecież chodzącym kiczem. Nie musiałam się nakręcać, dopowiadając sobie, że Evanora była w dzieciństwie bita przez tatusia, a mamusia jej nie kochała. Mogłam wymyślić ją od nowa, ulepić tak, jak chciałam. No i miałam niepowtarzalną szansę poznęcać się nad Michelle Williams, bo prywatnie jesteśmy bliskimi przyjaciółkami i nie mam ku temu okazji.

Nie boisz się, że ludzie wezmą cię za prawdziwą jędzę?
Zarabiam na życie, wcielając się w najróżniejsze postacie i tak naprawdę rzadko zastanawiam się, jak odbiera prawdziwą mnie przypadkowy przechodzień i jeśli ma mnie za niegodziwą wiedźmę, bo zobaczył właśnie „Oza”, to mogę być z siebie zadowolona. Co innego moja rodzina, w domu zawsze jestem wyłącznie sobą, czyli milutką Rachel. Nie muszę zgadzać się z odgrywaną przez siebie postacią, mogę grać bohaterki zepsute moralnie, ale oczywiście mam jakieś granice. Brak mi w dzisiejszym kinie kobiet takich, w jakie wcielała się często chociażby Bette Davis. Trudno było je polubić, to osoby wręcz odstręczające, a jednocześnie piękne, inteligentne i zabawne, choć niezaprzeczalnie dziwaczne. Teraz w hollywoodzkich filmach kobieta musi się podobać, być lubianą, co jest strasznie nudne.

Podobno sama panicznie bałaś się czarownic i nie mogłaś oglądać oryginalnej adaptacji "Czarnoksiężnika z Krainy Oz" z Judy Garland?
Fakt, niegdyś sama myśl o wiedźmach i czarownicach przyprawiała mnie o mdłości, lecz jestem już dużą dziewczyną i bez obaw mogę oglądać, co mi się żywnie podoba. Nie znaczy to, że trudno mnie przestraszyć, wręcz przeciwnie. Nie mogę wysiedzieć na thrillerach, a co dopiero mówić o horrorze. Zapomnij. Nie pojmuję, dlaczego ludzie płacą, żeby ktoś ich wystraszył, ja wręcz nienawidzę tego uczucia, jest okropne.

Teraz tobą będzie się straszyło dzieci.
To jest poniekąd funkcją baśni, a nasz film to przecież nic innego. Jeśli mielibyśmy zastanowić się nad socjologiczną rolą baśni, moglibyśmy sprowadzić ją do roli przestrogi, ona miała być straszna, a dzieciaki miały się nauczyć, że za drzwiami czyhają złe rzeczy i że z nieznajomymi się nie rozmawia.

A zagrałabyś w horrorze?
Zagrać bym zagrała, ja po prostu nie potrafię oglądać horrorów. Zawsze śniłam na jawie, wyobrażałam sobie różne rzeczy i chyba zostało mi to do dziś, dlatego patrząc na maszkary i psychopatycznych morderców, czuję zbyt duże napięcie. Na planie co innego, aktorami nie da się tak manipulować jak widzami, nie słyszymy muzyki, nie widzimy montażu, obserwujemy wszystko od kuchni. Ostatnio próbowałam obejrzeć „Szczęki” Spielberga. Z jednej strony nie mogłam wyjść z podziwu, jak niesamowicie to jest nakręcone, jak świetnie zrealizowane, a jednak czułam ciągły dyskomfort, bo mój mózg nieustannie wysyłał mojemu ciału sygnały, że się boję. Nienawidzę się bać.

Czyli grozy również nie czytasz?
A gdzie tam. Co nie oznacza, że czytam tylko grzeczne książki, lubię mocną prozę, naprawdę mocną. Brr... Uświadomiłam sobie, że nie mam w zasadzie żadnych zainteresowań... Chyba muszę sobie znaleźć jakieś hobby i więcej czytać.

Może weźmiesz się poważniej do reżyserii?
Od tego są faceci, kobiety lubią, jak im się mówi, co mają robić. Nie no, żartuję, mam na koncie krótki film, do którego nawet napisałam scenariusz, ale pewnie połowa ludzi o nim nie pamięta, a druga nie wie o jego istnieniu, nazywał się "Thief". Hollywood to męski świat, trudno tam dostać pracę reżyserce, mimo że cierpimy na deficyt filmów kręconych z kobiecego punktu widzenia. Nawet większość ekip składa się z facetów, choć coraz więcej kobiet zabiera się do produkcji, więc jest szansa, że to się wkrótce zmieni. Sama mogłabym ewentualnie napisać jakiś scenariusz... Za bardzo kocham aktorstwo, żeby poważnie myśleć o reżyserowaniu. Napisałabym jednak dla siebie jakąś fajną rolę, choć wolę pracować z ludźmi, a nie ślęczeć przy biurku przez całe dnie, nie jestem wystarczająco zdyscyplinowana.

Czyli kobieca część Hollywood nadal czeka na swojego Oza?
Funkcjonuje stereotyp, że Hollywood jest straszliwym miejscem, gdzie nie ma miejsca na zwyczajną ludzką życzliwość, czemu kłam zadaje chociażby Sam Raimi, jeden z najbardziej serdecznych i skromnych ludzi, jakich poznałam. Nigdy nie udaje kogoś, kim nie jest, na planie nie zgrywa nieomylnego, interesuje go nasze zdanie. Osobiście uważam, że to właśnie życzliwość, a nie, jak się powszechnie sądzi, miłość, jest najsilniejszą rzeczą we wszechświecie. Z miłości ludzie robią różne głupstwa, miłość potrafi być destrukcyjna, o czym możemy zresztą się przekonać, oglądając "Oza". To dobroć jest miarą człowieka; jesteśmy zdolni zarówno do nieprawdopodobnego okrucieństwa, jak i zadziwiającego altruizmu.

Taki system wartości wyniosłaś z domu?
Zostałam wychowana w tradycyjnej rodzinie, w której kultywowało się tradycyjne wartości, głęboko wierzono w przykazania. Trudno mi powiedzieć, jak bardzo wpłynęło na mnie moje wychowanie, nie potrafię spojrzeć na to z boku, po prostu jestem taka i już. Zresztą urodziłam się i dorastałam już w Anglii, choć w małej społeczności żydowskiej. Bardziej jednak od religii czy zwyczajów pielęgnowanych przez moich rodziców wpłynęło na mnie to, że oboje byli imigrantami, cudzoziemcami, więc każdy powrót do domu był dla mnie niczym przekroczenie granicy innego państwa. O moim mieście i moim kraju dowiadywałam się nie od rodziców, ale od wszystkich innych. Nauczyłam się przy tym dostosowywać do różnych sytuacji, co zdecydowanie przydaje mi się na planie.

Dzień, w którym otrzymałaś Oscara, określiłaś jednak mianem surrealistycznego.
No tak, byłam wówczas w siódmym, może nawet ósmym miesiącu ciąży i zanim dotarło do mnie, co się stało, musiało minąć parę dni. Oscar zdecydowanie pomógł mojej karierze, napłynęły do mnie nowe propozycje, mogłam częściej pracować z najlepszymi, nie musiałam już nikogo o nic błagać, to mnie zaczęto prosić, co jest oczywiście niezwykle fajne.

Przypomnij mi, jak długo już trwają twoje wakacje?
Bodajże rok. Chcę spędzić więcej czasu ze swoją rodziną.

Niedawno czytałem jednak, że wracasz do pracy.
Tak, ale nie w kinie, a na scenie. Razem z mężem ślęczymy nad "Zdradą" Harolda Pintera, która jesienią zostanie wystawiona na Broadwayu.