"Solista" ("The Soloist")
Reklama
Wielka Brytania, USA 2009; Reżyseria: Joe Wright; Obsada: Jamie Foxx, Robert Downey Jr., Catherine Keener; Dystrybucja: UIP; Czas: 117 min; Premiera: 23 października; Ocena 4/6



Lopez spotkał go pod pomnikiem Beethovena, gdy ten grał na skrzypcach, na dwóch strunach, które mu zostały. Potem mało nie przejechał go na ulicy i w końcu zainteresował się tajemniczą postacią. Okazało się, że Ayers był wybitnie uzdolnionym wiolonczelistą, jednym z niewielu Murzynów w prestiżowej szkole Julliarda w Nowym Jorku. Tyle, że jej nie skończył, zapadł na schizofrenię, zaczął słyszeć głosy, dusić się w zamkniętych pomieszczeniach. Wylądował na ulicy, trafił do Los Angeles i nadal żył muzyką wygrywaną dla braw wzlatujących w niebo gołębi.

Historię opowiedzianą przez Lopeza, reżyser Joe Wright („Duma i uprzedzenie”, „Pokuta”) opowiedział w konwencji wielkomiejskiej ballady. Z jednej strony poetyckiej, uciekającej się do symboli, metafor i muzycznych miniatur. Z drugiej prozaicznie ascetycznej kierującej się ku obrazom ulicznej wegetacji 90-tysięcznej armii bezdomnych z Miasta Aniołów. Udało mu się uniknąć sentymentalizmu, obronić się przed schematyzmem, nie wpłynąć na mielizny kina społecznie zaangażowanego.

Wright narrację prowadzi oszczędnie, bez ozdobników, skupia się na psychologicznym, a nie socjologicznym wymiarze historii. Takie spotkania dwóch światów już w kinie widzieliśmy. Bezdomnych z iskrą bożą podnoszonych z rynsztoka i tych, którzy ich podnosząc coś dzięki temu zyskują, choćby odnajdują świat porzuconych najprostszych wartości. U Wrighta jest podobnie, a jednak całkowicie inaczej. To nie jest gra „lepszości" z „gorszością". Dla Steve'a, Nathaniel jest bogiem. Dosłownie. Daje mu wiolonczelę i pozwala na niej grać w ośrodku dla bezdomnych. Zwraca mu pełnię muzyki, prowadzi do filharmonii, znajduje nauczyciela, organizuje koncert, wyrywa z getta ulicy. Początkowo robi to z czysto zawodowych pobudek – historia Nathaniela wydaje mu się dobrym tematem do jego rubryki. Ale w miarę upływu czasu Ayers staje się kimś więcej. Jego proste pytania zatrzymują w biegu, karzą się zastanowić nad sensem miłości, odpowiedzialności. Lopez się buntuje, za artykuły o bezdomnym muzyku dostaje nagrodę i najchętniej umyłby ręce – zamknął Nathaniela w zakładzie i liczył, że pomogą mu leki. Ale jest już za późno. Dekonstrukcja pustki jego świata już się dokonała, już nie da się być tylko zawodowcem.

p

Wright nie mitologizuje męskiej przyjaźni, nie melodramatyzuje, pozwala się toczyć opowieści. Choć nie ukrywa dobrych chęci, pozytywnych przesłań, to przemyca je bardzo dyskretnie, oddaje się prozie życia i poezji muzyki opatrywanej wyrafinowanymi plastycznymi ilustracjami: abstrakcyjną animacją, geometrycznymi ujęciami miasta z lotu ptaka. Symbole niby oczywiste – pośpiech codziennej gonitwy kontra ulotność tego, co naprawdę ważne.

Wrightowi udaje się banał uwiarygodnić, nie przeciągnąć w żadną stronę. Pomagają mu aktorzy. Grający Nathaniela Jamie Foxx gra genialnie. Ciągnie za sobą wózek z całym nędznym dobytkiem, w kolorowych ciuchach ze śmietnika wyglądałby może na błazna, ale twarz od początku zdradza tajemnicę, a w pozornie nieskładnych monologach przegląda się wewnętrzny pejzaż naznaczony tragizmem. Robert Downey Jr w roli Lopeza wypada równie świetnie. Pełen sprzeczności, niejednoznaczny, zawieszony w próżni życia bez sensu, celu i treści, na pozór wyluzowany, ale wypalony, tęskniący za lepszym światem. Obaj bohaterowie doskonale się dopełniają, czynią z tej historii coś więcej niż krzepiącą bajkę z dydaktycznym morałem.

Owszem, są tu momenty przesłodzone, kiczowate, optymizm zakończenia przychodzi zbyt łatwo. Ale też gra ambiwalencji sprawia, że przewidywalne prawdy rodzą się w bólach, w ludzkich emocjach rozpiętych między wzniosłością, a małością. Ten film, gdyby zdjąć z niego ciężar konwencjonalnych łatwizn mógłby być jeszcze lepszy, ale i tak sprawia przyjemność jak dobrze skomponowany obraz ze smyczkowym podkładem.