"Pierwszy krzyk" (aka "Premier cri")
Reklama
Francja 2007; reżyseria: Gilles de Maistre; dystrybucja: Kino Świat; czas: 99 min; Premiera: 18 września; Ocena 3/6

Fundacja Rodzić po Ludzku, kontynuując działania zainicjowane przez grupę dziennikarzy i działaczy społecznych w 1994 roku, wciąż prowadzi u nas kampanię uświadamiającą, apelując, aby położnicy nie traktowali porodu jako medycznej procedury, ale by dostrzegli geniusz kobiecej fizjologii i pomagali kobietom w jak najlepszym wykorzystaniu mądrości ich ciała.

Z podobnego założenia zdaje się wychodzić także reżyser dokumentalnego filmu „Pierwszy krzyk” Gilles de Maistre. Opowiada historie dziesięciu kobiet z różnych kontynentów. Sprowadzając wyjątkowy moment życia kobiety do wspólnego mianownika, filmuje kolejne fazy porodu przyszłych mam z Rosji, Wietnamu, Konga, Nigru, Brazylii, Francji, Stanów Zjednoczonych, Japonii, Meksyku i Tanzanii. W ten sposób wydobywa kontrasty zarówno ideologiczne, jak i ekonomiczne w jednostkowym, a także kulturowym podejściu do porodu. „Pierwszy krzyk” pokazuje, jak odmienne środowisko, odmienne okoliczności kształtują uniwersalny moment narodzin. Gilles de Maistre w malowniczy sposób, ukazując przy okazji bogactwo kulturowe, religijne i emocjonalne, przenosi nas w skrajne zakątki świata i na tle urokliwych obrazków pokazuje cud narodzin.

p

Poznajemy między innymi Majtonre z plemienia wojowniczych Indian Kayapo, która rodzi dziecko w asyście wioskowej szamanki i w celu złagodzenia bólu wciera w brzuch maść z zebranych w puszczy liści. Mane wywodzącą się z koczowniczego ludu Tuaregów, której mąż powiadomiony przez akuszerkę, że nie wszystko przebiega prawidłowo, składa ofiarę z kozy, by Bóg zechciał ocalić jego żonę i dziecko. Sunitę z Benares, świętego miasta hinduizmu, której nie stać na poród w szpitalu i rodzi swoje dziecko z pomocą lokalnej znachorki, która obsypuje ją ryżem na szczęście. Wędrujemy także do Tanzanii, gdzie Kokoya przygotowywana do porodu przez starą położną jako środek wzmacniający dostaje do picia krowie mleko zmieszane z krwią. Nie sposób nie wspomnieć o anonimowości kobiet rodzących w Wietnamie – dzieci rodzą się tu jak na taśmie w fabryce, czy fanaberiach Vanessy mieszkającej w małej artystycznej komunie w stanie Maine i decydującej się na bardzo popularny ostatnimi laty w USA tzw. free birth (wolne narodziny), który odbywa się w domu, bez asysty lekarza lub nawet położnej, ale za to przy wtórze wszystkich członków wspólnoty, którzy śpiewem pomagają jej znieść trudy zbliżającego się porodu. Najbardziej widowiskowo wygląda przyjście na świat dziecka Gaby w Meksyku, która rodzi w basenie z delfinami.

Co kraj, to obyczaj, co kobieta, to inne podejście do porodu. Czasem uwarunkowane tradycją, czasem światopoglądem. Co dla jednych jest życiową koniecznością, dla innych bywa tylko kaprysem. Choć reżyser pokazuje właśnie rozmaite okoliczności przyjścia na świat dziecka, jednocześnie stara się dowieść, że pierwszy krzyk po narodzinach jest zawsze taki sam, bez względu na to, czy jest to tylko niemy krzyk, czy taki, który wypełnia po horyzont bezdroża pustyni, miesza się z ultradźwiękami wydawanymi przez delfiny czy przenikający przez ściany przepełnionych porodówek (taki mniej więcej towarzyszył moim trzem porodom). Tyle że aby to pokazać, nie trzeba było całego ogromu świata, wszystkich tych kiczowatych widoczków, pocztówek i newage’owej filozofii eksponującej magiczny związek momentu narodzin z zaćmieniem słońca i fazami księżyca. Piękne to momentami zdjęcia, ale pogrążające niestety „Pierwszy krzyk” w pretensjonalnej plakatowości, zamącają przesłanie uświadamiające humanistyczny sens narodzin. W „Sensie życia według Monthy Pythona” wystarczyła jedna scena: zdehumanizowana, luksusowa klinika i trzeci świat mieszczący się trzy przecznice dalej.