(aka "Public Enemies")
USA 2009; reżyseria: Michael Mann; obsada: Johnny Depp, Christian Bale, Marion Cotillard; dystrybucja: UIP; czas: 140 min; Premiera: 17 lipca
p
John Dillinger nie był grzecznym chłopcem: zabijał, kradł, a jako nastolatek zgwałcił swoją koleżankę. Michaelowi Mannowi spodobała się jednak jego druga twarz: . Wybitny reżyser dał się ponieść legendzie i z pomocą pełnego wdzięku Johnny’ego Deppa w głównej roli nie robi wiele więcej poza utrwalaniem mitu romantycznego bohatera. Przez takie ujęcie tematu, oglądając „Wrogów publicznych”, ma się wrażenie, że cofamy się w kino sprzed lat 70. Pytanie tylko: czy to ma sens? Po co reżyserowi z pierwszej ligi taki film? Od takich twórców jak Michael Mann oczekujemy przecież więcej, a przynajmniej tego, by robiąc film, mieli ku temu jakiś powód i mieli widzowi coś do powiedzenia.
Jest rok 1933, po ośmiu latach odsiadki Dillinger właśnie wyszedł z więzienia. Nie zamierza jednak zostawić za kratami kumpli. Po akcji odbicia ich z więzienia, w której starty w ludziach są spore zarówno po stronie więźniów i gangsterów, gang zbiera się w Chicago, gdzie organizuje kolejne napady na banki. Eleganckie i bezkrwawe. Nie biorą pieniędzy od klientów, nie torturują zakładników. . Swoim szarmanckim zachowaniem i czarem gangster podbija serca opinii publicznej.
Właśnie przez pryzmat wojny o miłość tłumów, którą można wygrać przy pomocy mediów, Michael Mann spogląda na historię bandy Dillingera. Gangster odmawia swoim kumplom udziału w brudnej robocie (np. porwaniach), tłumacząc im, że to nie spodoba się ludziom. Zdaje się rozumieć swoje czasy, w których gniotący kryzys powoduje niechęć do przedstawicieli prawa i władzy. Ale mediami potrafi też manipulować druga strona. J. Edgar Hoover, szef FBI, trzyma sztamę z dziennikarzami, bo potrzebni mu są do załatwienia politycznych interesów Biura. Sprawa grupy Dillingera nie jest zwykłym polowaniem na przestępcę – jest popisową i odpowiednio nagłośnioną akcją, której podstawowym celem jest zdobycie wielkiej władzy przez federalną policję. I na takie rozdanie można by się zgodzić, gdyby nie to, że twórca filmu zbyt lekko ślizga się po powierzchni tego konfliktu. Nie wchodzi głębiej, nie daje nam poznać wnikliwiej żadnej postaci. Stojący po dwóch stronach barykady: Kiedy w słynnej scenie z „Gorączki” gangster De Niro przeglądał się w twarzy policjanta Pacino, czuć było, jak bardzo uwiera ich świadomość, że są do siebie podobni, że zatracili się w grze w dobrych i złych. We „Wrogach publicznych” obaj antagoniści mają wprawdzie bliżej nieokreśloną zadrę, ale spór jest papierowy, tak jak gazety, przy pomocy których toczy się ich pojedynek.
Radykałowie twierdzą, że . Potem gangster stał się na ekranie biznesmenem, a kino o przestępcach nieodwracalnie wkroczyło na inne tory, które ukoronował „Ojciec chrzestny” czy „Dawno temu w Ameryce”. Takie podejście to chyba jednak uproszczenie, choćby dlatego, że skreśla brutalne, realistyczne dokonania Scorsese na tym polu. . A to w finale upozowuje swojego bohatera na Clarka Gable’a (którego ten właśnie ogląda w kinie), a to pokazuje kronikę filmową, w której FBI nawołuje, by rozejrzeć się po siedzących obok, bo jednym z uczestników seansu może być Dillinger. Wszystko robi to Mann zgrabnie, pozostając wysokiej próby fachowcem. Oglądając „Wrogów publicznych”, nie ma się poczucia zmarnowanego czasu. Niestety, nic więcej.