Jest pan uznanym dziennikarzem ekonomicznym. Dlaczego zainteresowała pana historia gangstera Johna Dillingera?

Bryan Burrough: To był czysty przypadek. Od dziecka pasjonowałem się historią Bonnie i Clyde. Kiedy w 1999 roku oglądałem w telewizji dokument o nich i o innych gangsterach lat 20. i 30. zaskoczyło mnie, że wszędzie przewijało się nazwisko Dillinger. Stwierdziłem, że chętne przeczytałbym książkę o nim, a ponieważ nie było takiej, sam ją napisałem.

Co było najtrudniejsze w zbieraniu materiałów do „Wrogów publicznych”?

Ilość. Pięć lat zajęło mi przeglądanie gazet z tamtych lat, wspomnień, rozmowy i przede wszystkim czytanie akt FBI. Właśnie odtajnienie archiwum agencji pomogło mi najbardziej. Są w nim tylko suche fakty, bez mitologizacji gangów, czego pełno było w gazetach z tamtych lat. To zaskoczyło mnie zresztą najbardziej. Jak lubiany był Dillinger, jak potrafił sobie radzić z ludźmi, to czego nie mieli Bonnie i Clyde – byli tylko parszywi gangsterami. John był inny. Przeglądając materiały uderzył mnie też sposób postrzegania gangsterów przez pryzmat fabularyzowanych książek i filmów. Okazało się, że dla pokolenia Amerykanów wychowanych po drugiej wojnie światowej postaci takie jak Dillinger, czy Pretty Boy Floyd były niczym Indiana Jones. Ich biografie obdarto z realizmu, pozbawiono mrocznej strony.

W zeszłym roku miał premierę film o francuskim „Wrogu publicznym numer 1” Jacquesie Mesrine. W latach 60. i 70. był medialną gwiazdą, zależało mu nie tylko na pieniądzach, ale też na medialnym cyrku. Czy taki był też Dillinger?

Wiele razy słyszałem o Mesrine. Podobnie jak on, Dillinger chciał być lubiany i podziwiany. Zgubiła go jednak chęć funkcjonowania w społeczeństwie. Przeżyłby pewnie kilka lat więcej, gdyby się ukrywał. Oczywiście do jego śmierci przyczynił się też rozwój FBI, do czego z kolei paradoksalnie rękę przyłożył sam Dillinger.

Jak od tamtych lat zmienili się gangsterzy?

Przede wszystkim zeszli do podziemi. Dillinger był chyba ostatnim ze złodziei-celebrytów. Teraz tak naprawdę nic nie wiemy o współczesnych gangsterach, dopóki nie zginą albo nie zostaną złapani.

Miał pan jakikolwiek wpływ na scenariusz filmu Michaela Manna?

Nie. Oddałem swoją książkę twórcom filmu, jak oddaje się swoja córkę poprzez ślub innemu mężczyźnie. Kiedy wzięli się za nią filmowcy po prostu przestała być moja.

W jakim stopniu Mann sfabularyzował historię Dillingera?

W mojej książce każde słowo jest oparte na faktach. Mann pozmieniał tylko trochę ich kolejność. Na przykład na początku filmu ginie Pretty Boy Floyd, w rzeczywistości zginął trzy miesiące po śmierci Dillingera. „Wrogowie publiczni” są na pewno najbliższym faktom filmem o gangsterach tamtych lat.

Co wobec tego w filmowych „Wrogach publicznych” pana zaskoczyło?

To, jak blisko było na planie ówczesnej rzeczywistości. Podczas zdjęć, w których brałem udział, przerobiono sześć sąsiednich domów w Chicago. Ta część miasta przeniosła się po prostu w czasie. Widok fragmentu miasta z lat 30., wbitego we współczesne Chicago zapierał dech w piersiach. W końcowej scenie zagrałem jednego z fotoreporterów i bawiłem się niczym dziecko oglądając jak Johnny Depp ginie podczas kilkunastu dubli.

Co jest powodem tak dużej popularności w USA książek i filmów opartych na dziennikarskich śledztwach?

Bardziej niż gdzie indziej wierzymy, że dziennikarze mówią prawdę. Poza tym lubimy grzebać w mitach, obalać je. Zresztą ja sam czytam jedynie prawdziwe historie. Nie przepadam za fikcją. Nie mam też wystarczającej wyobraźni, by ją tworzyć. Pewnie z tego samego powodu lubię filmy oparte na faktach, do moich ulubionych należą „Wściekły byk” i „Chłopcy z ferajny” Martina Scorsese.

Wobec tego nie wskaże pan pewnie swoich ulubionych autorów kryminałów?

Nie, od kryminałów wolę biografie. Uwielbiam też serie nowel opartych na prawdziwych wydarzeniach typu „True Crime” w New Yorkerze. Jedna z ostatnich jaką pamiętam działa się w Polsce. Chodziło o Krystiana Balę, fragmenty jego książki „Amok” posłużyły jako dowody w procesie poszlakowym o zabójstwo.

Rozmawiał Wojciech Przylipiak