Jerzy Antczak "Noce i dnie mojego życia"

Reklama

Wyd. Axis Mundi 2009

p

Antczak napisał swe wspomnienia inaczej, niż można było oczekiwać. Nie ma w jego książce ani przemyśleń o kondycji artysty, ani egzegezy własnej twórczości, ani spowiedzi dziecięcia Peerelu. Jest trochę autokreacji, ale w czyich wspominkach ich nie ma? I w znakomitym „Romanie” Polańskiego, i w mitomańskich zapiskach Jerzego Gruzy. „Noce i dnie mojego życia” ujęte zostały w formę wspomnieniowej gawędy o ludziach, miejscach, zdarzeniach. Pisze to Antczak z pozycji brylującego w wielu towarzystwach lwa salonowego wciąż opowiadającego te same dowcipy, z których od wielu lat śmieje się niezmiennie jego żona Jadwiga Barańska. Jest ta książka swego rodzaju zapisem owego salonowego brylowania. Tak się też ją czyta, jak antologię anegdot, z których ma się ochotę albo nostalgicznie albo i refleksyjnie pośmiać.

Antczak nie trzyma się ściśle chronologii, zaczyna swe wspomnienia 9 marca 1953 roku, w dniu śmierci Stalina i opowiada zabawną historię o garderobianym z Teatru Powszechnego w Łodzi, zamęczanym przez nielubianego aktorzynę grającego Lenina w przedstawieniu na cześć Soso. W końcu z podpuszczenia Leona Niemczyka „przypierdolił Leninowi w czachę”, z czego zrobiła się sprawa polityczna. Oskarżony o prowokację, ostatecznie tylko wyleciał z teatru, a nie poszedł siedzieć. Na tym z grubsza polega patent na wspomnienia Antczaka. Na wygrzebywaniu z pamięci faktów, wydarzeń, nazwisk, dat i wplataniu ich w anegdotyczną narrację zataczającą kręgi w czasie prywatnym i historycznym na zasadzie dość swobodnych asocjacji.

Historii splatających biograficzną pamięć ze świadectwem specyfiki czasu jest tutaj całe mnóstwo. A Antczak pamięć ma genialną. Wydobywa zeń historie, których bohaterami są jego koledzy z teatru, filmowe gwiazdy, wielcy i pomniejsi reżyserzy, najbliższa rodzina, ale i teatralni dozorcy, knajpiani kelnerzy, szemrane typki z bazaru, przetrąceni przez życie cyrkowi sztukmistrze, a nawet przygarniane przez lata psy i koty. Antczak sypie tonami dykteryjek, nawet cytuje z pamięci wykład profesora Aleksandra Bardiniego o Fryderyku Wielkim dla studentów reżyserii łódzkiej Filmówki, a w formie listów do profesora zamyka swe traumatyczne doświadczenia z czasów okupacji. Są to opowieści zabawne, choć momentami podszyte goryczą, nostalgiczne, ale kontrapunktowane luzackim dystansem, czułe wobec nawet najbardziej epizodycznych bohaterów, a przede wszystkim przepełnione miłością do świata i ludzi. Zupełnie nie w stylu podsumowującego żywot 80-latka.

W jednym tytuł nie oszukuje. Dużo miejsca poświęca Antczak okolicznościom powstania dzieła, z którym jest do dzisiaj w powszechnej świadomości kojarzony, czyli „Nocy i dni”. Szczegółowo relacjonuje swoje zmagania ze scenariuszem, w który nikt nie chciał uwierzyć, analizuje dobór obsady, drobiazgowo opisuje poszukiwania stawu, na którym rosłyby nenufary wręczane Jadwidze Barańskiej przez Karola Strasburgera. Ta część książki jest chyba nadto rozbudowana i mniej ciekawa niż cała reszta. Najciekawszy jest zaś wątek młodzieńczych początków, terminowanie u boku Dejmka, okres szefowania teatrowi telewizji, a potem okoliczności, które spowodowały, że reżyser nominowanego do Oscara filmu nagle wylądował na marginesie, a w końcu w 1980 roku wyjechał z kraju. Znów zamyka to Antczak w anegdotycznym porządku. Nie ma tu więc gorzkich żali, ale nie ma też próby docieczenia przyczyn własnej banicji. Nagle znajdujemy się w Stanach, pukamy do drzwi hollywoodzkich producentów, szarpiemy się, by miękko wylądować na uniwersytecie UCLA w Los Angeles, gdzie wśród studentów wykładającego tam przez wiele lat autora znajdował się między innymi późniejszy twórca „Bezdroży” Alexander Payne.

Ucieczka w dykteryjkę okazuje się więc i największą zaletą tej książki, ale i jej słabością. Bo tam, gdzie anegdota aż się prosi o dopełnienie, o komentarz, czy refleksje Antczak się konsekwentnie uchyla, popada za to coraz bardziej w ton nadto egzaltowany, ociera się o samozachwyt maskowany niezręczną minoderią. I w końcu swoją książkę na amerykańskim rozdziale niespodziewanie urywa, pisząc, że wspomnienia o tym, co zdarzyło się po jego powrocie do Polski w 1993 roku muszą się „odleżeć w piwnicy pamięci, aby nabrały mocy”. Pewnie to temat na odrębne opowiadanie i być może doczekamy się ciągu dalszego. Oby tak samo barwnego, a przy okazji może nieco bogatszego także i w refleksje wychodzące poza konwencję zapisków uwielbiającego brylować salonowego bywalca.