"Jagodowa miłość" (aka "My Blueberry Nights")
Reklama
USA 2007; Reżyseria: Wong Kar-Wai; Obsada: Norah Jones, Jude Law, Natalie Portman, Rachel Weisz, David Strathairn; Dystrybucja: Kino Świat; Czas: 93 min; Premiera: 13 lutego

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Wong Kar-Wai trochę jakby wyszedł z założenia, że jego osobnego filmowego języka amerykańska publiczność i tak nie zrozumie. Zafundował jej więc swego rodzaju składankę swych ulubionych motywów, po swojemu melancholijnych obrazów podaną w formie bardziej przystępnej, bo rozpuszczonej w oswojonych gatunkowych konwencjach. Cała akcja sprowadzaa się do przypadkowego spotkania dziewczyny, która ma złamane serce, z samotnym i przystojnym właścicielem staroświeckiej kawiarenki w Nowym Jorku o pisanej cyrylicą nazwie „Klucz”. Dziewczyna wyjeżdża autobusem do Memphis, wraca samochodem. I to właściwie wszystko. Po drodze mamy objadanie się jagodowym ciastem, pocztówki znad krawędzi oraz przypowieści o świętym pijaku i nieświętej hazardzistce. Rozbita na epizody, zatomizowana na kadry historia powoli układa się we wzór skądinąd znajomy, ale z racji formalnego nieładu i tak intrygujący.

Opowieść o porozumieniu zagubionych dusz, o poszukiwaniu kluczy do nawiązania kontaktu z drugim człowiekiem, o dojrzewaniu do miłości i nazywania własnych uczuć po imieniu toczy się w rytmie melancholijnych, nastrojowych obrazów Dariusa Khondjiego i w rytm połamanych bluesów Rya Coodera. Oglądamy Amerykę barową: przez szyby, w odbiciach luster, zza lady, przy sztucznym nocnym świetle. Obraz jest ciągle zniekształcony, zamglony, przesłonięty i nawet gdy momentami odzyskuje klarowność, to i tak kojarzy się nieodparcie z malarstwem Edwarda Hoppera. Wewnętrzne wyciszenie, lakoniczność, gra barw przy jednoczesnej oszczędności środków wyrazu sprawiają, że bohaterowie Kar-Waia zdają się istnieć poza realnym czasem i przestrzenią. Skazani na alienację wciąż krążą po własnych orbitach, które jeśli się przecinają, to i tak rzadko na dłużej. Szczęście jest, wydaje się, na wyciągnięcie ręki, ale właściwie nikomu nie udaje się go osiągnąć bez wynurzenia głowy z żółwiej skorupy.

Główna bohaterka Elisabeth uczy się swoją skorupę zrzucać, dojrzeje, gdy zobaczy, jak miłość może się skończyć i jak może się w ogóle nie zacząć. Prowadzący nostalgiczną kawiarenkę Jeremy, choć nie lubi zmian i boi się ostatecznych rozstrzygnięć, musi się nauczyć, że nie warto trzymać kluczy do drzwi, których i tak nie zamierza się nigdy otworzyć. I tylko oni mają szansę wygrać. Ale wcale nie jest to wygrana oczywista. Także dzięki zaskakującej kreacji debiutującej na ekranie gwiazdy soulu Norah Jones i dyskretnej grze partnerującego jej Jude’a Lawa. A w tle mamy kilka prawdziwych aktorskich perełek. David Strathairn jako policjant na wiecznym odwyku kradnie dla siebie prawie pół filmu. Drugie pół wygrywa w karty Natalie Portman, ożywiając zblazowaną witalnością dość schematyczny epizod. A i Rachel Weisz buduje przejmujący portret przygniecionej ciężarem nieodwzajemnionej miłości kobiety upadłej.

Choć rozpoznawalny styl Kar-Waia został jednak wygładzony, przycięty do wymogów hollywoodzkiej kaligrafii znaczącej gatunkowe schematy kina drogi. Sam Kar-Wai po niejednoznacznym przyjęciu filmu na festiwalu w Cannes zmontował go od początku. I chyba zbytnio uległ presji klarowności, bo schemat zbyt często przesłania własny charakter pisma. Nie na tyle jednak, by „Jagodowa miłość” była walentynkową opowiastką ku pokrzepieniu spragnionych miłości serc, co mogłaby sugerować data polskiej premiery.

Wojtek Kałużyński