Ten film sfinansowałeś z własnych środków pochodzących z twojej prywatnej winiarni. Czy twoje wino jest tak dobre, jak się o nim mówi?

Francis Ford Coppola: Jest naprawdę niezłe. Jestem właścicielem dwóch wytwórni wina – jedna jest malutka, produkuje wyłącznie trunki klasy premium. Nie jest tego wiele, ale to drogie wino wytwarzane z winogron najwyższej jakości. Druga natomiast to prawdziwa fabryka, z której wino jest popularne i powszechnie dostępne. I to głównie z niej czerpię swoje dochody.

Swój poprzedni film nakręciłeś dziesięć lat temu. Skąd tak długa przerwa?

Koncentrowałem się na pisaniu. Chciałem stworzyć swoje własne historie, ale miałem z tym spore problemy. Pisałem między innymi o utopijnym świecie w Nowym Jorku, kiedy wydarzyła się tam tragedia z 11 września. Od tego czasu trudno było pisać o tym mieście bez wspominania owej historii. Próbowałem, próbowałem i nic. Później okazało się, że moja historia koncentruje się również wokół czasu, świadomości i jest dość specyficzna, niezwykła. Pokazałem ją znajomej, która wykłada filozofię. Poradziła, żeby wpleść tam cytaty z Mircei Eliadego. Mircea uważał, że czas nie istnieje. Przeczytałem więc jego powieść „Młodość stulatka”, po czym stwierdziłem, że to tę książkę powinienem sfilmować. W tym celu udałem się też w podróż do jego rodzinnej Rumunii.

Co takiego zafascynowało cię w tej opowieści?

Wszystko. Nigdy nie czytałem niczego podobnego. Powieści Eliadego są jak układanka, labirynt. Ich niezwykłość polega na tym, że w prostej formie kryje się też druga historia. Zaczyna się jak zwykła opowieść o jednym, a kończy jako historia czegoś zupełnie innego. Pomyślałem, że warto by nakręcić podobny film. Wzorując się na patentach z jego twórczości i zawierając wszystkie z tych pojęć: czas, świadomość, miłość, marzenia. To tematy, które interesują wszystkich.

Czy film jest zatem przystępny? A może należałoby oglądać go kilka razy, żeby w pełni zrozumieć wszystkie zawarte w nim niuanse?

Nie, nie sądzę. Oglądając go drugi raz można wyłapać różne szczegóły, ale i za pierwszym razem jego odbiór jest dość łatwy. Choć daleko mu do produkcji w stylu „Godziny szczytu 3”. To po prostu inny rodzaj opowieści.

Nie sądzisz, że fani „Ojca chrzestnego” czy „Czasu apokalipsy” będą nim trochę zawiedzeni?

Dobre pytanie. Zależy, z jakich powodów byli fanami tamtych produkcji. Jeżeli tylko przez sceny z helikopterami, to faktycznie może nie być lekko. Ale jeżeli lubili „Czas apokalipsy” za magię tego obrazu i opowiadanie pewnej historii w sposób, w jaki nikt tego jeszcze nie zrobił, to nie mają powodów do obaw.

Czy w „Młodości stulatka” znalazłeś jakieś fragmenty pasujące do twojej biografii?

Bardzo wiele. Przed nakręceniem tego filmu myślałem sobie nawet, że chciałbym zrobić go tak, jak chciałem realizować filmy w wieku 18 lat, zanim „Ojciec chrzestny” na dobre nie zmienił mojego życia. Stałem się wtedy „szychą”, ale wcale nie oznacza to, że mogłem tworzyć takie filmy, jakie chciałem. Teraz postanowiłem, że zrealizuję swój wymarzony film z młodości. I zobaczymy, co z tego wyniknie.

Jak komentowano go po oficjalnej premierze w Rzymie?

Tamta noc była cudowna. Owacje na stojąco, gratulacje z każdej strony. Jednak najbardziej wymierne jest to, co następnego dnia czytasz o sobie w gazetach. I część z nich twierdziła, że kręcenie filmu o ideach jest pretensjonalne.

Gdybyś miał szansę, jak Dominic Matei, żeby cofnąć się w czasie, co zmieniłbyś w swojej karierze?

Nic. Chociaż nie, jest jedna mała rzecz. Kiedyś zrobiłem film „Prosto z serca” („One from the Heart”), na który miałem początkowo świetny pomysł, ale z niego nie skorzystałem. Stchórzyłem. Chciałbym mieć możliwość nakręcenia go dokładnie tak, jak wtedy chciałem. Jest to o tyle dziwne, że zwykle trudno odwieść mnie od moich pomysłów, nawet jeśli są wyjątkowo głupie.

W latach 70. byłeś jednym ze zbuntowanych, długowłosych reżyserów. Tęsknisz za tamtymi szalonymi czasami?

Ja chyba nie byłem aż tak zbuntowany, zawsze miałem raczej wszystko pod kontrolą. A długie włosy? Nosiliśmy je, żeby się podobać dziewczynom. I tyle.

W jednym z ostatnich wywiadów powiedziałeś, że czujesz się trochę jak „młody starzec”.

Podejścia do życia może mi zazdrościć niejeden młody człowiek. Jednym z przesłań filmu „Młodość stulatka” jest to, że można mieć 5, 20, 40 czy 90 lat i nadal czuć się młodo. Mieć w sobie coś z pięcio- i osiemdziesięciolatka jednocześnie. To wszystko jest wewnątrz nas.

Zawsze bardziej skłaniałeś się ku kinu europejskiemu. W swoich filmach powoływałeś się na wielu europejskich reżyserów…

W Europie reżyser ma władzę wykraczającą często daleko poza samo reżyserowanie. Często jest on również współtwórcą scenariusza albo sam decyduje o losach bohaterów, więc jest o wiele bardziej zaangażowany w jego powstawanie – film jest jak jego dziecko. Nie można zapomnieć, że w czasach mojej młodości w Ameryce zachwycaliśmy się wspaniałymi filmami z Włoch, Szwecji czy Francji i nawet podświadomie później czerpaliśmy z nich natchnienie do swojej pracy.

Do którego ze swoich filmów jesteś zatem najbardziej przywiązany?

Trudno powiedzieć, bo to jak kazać ojcu wybrać najbardziej udane dziecko. Ale do jednego mam prawdziwy sentyment, nie wiem dlaczego. To „Rumble Fish”.

Czy obecna sytuacja w Iraku może być tak inspirująca jak kiedyś wojna w Wietnamie? Czy raczej interesują cię bardziej osobiste wątki?

Stawiam raczej na wątki osobiste, bo dzięki takim filmom próbuję odpowiedzieć na pytania, które sam sobie stawiam. Inna kwestia to pieniądze – kiedyś przy każdym filmie musiałem się zastanawiać, skąd wezmę na niego budżet. Teraz jeżeli budżet filmu jest w miarę racjonalny, sam finansuję jego produkcję. To znacznie ułatwia pracę. Co zaś się tyczy Iraku – film, który nakręciłbym o tym kraju, byłby zapewne bardzo spokojny, żadnych strzelanin. Jego fabuła koncentrowałaby się wokół jednej rodziny, która żyje wprawdzie w centrum tego wszystkiego, ale ich życie mimo to potrafi być spokojne, ciche, a nawet piękne. W tej rodzinie wychowywałyby się też dzieci. W moim filmie o Iraku nikt by nie zginął. Bo czyż nie o to ostatecznie chodzi?

Gdybyś nie był reżyserem niezależnym, to twoje filmy wyglądałby inaczej?

Pytasz o to, jak kręciłbym jako reżyser komercyjny? Pewnie tak samo jak teraz, ale szybko straciłbym do tego zapał. Moim motorem jest chęć uczenia się ciągle czegoś nowego, a nie wzbogacenia się.

Czy zgodziłbyś się z tezą, że w Hollywood próbowano już wszystkiego i cały biznes przeżywa teraz kryzys braku świeżych inspiracji? Co chwila powstają nowe remaki…

Remaki powstają nie dlatego, że skończyły się już ciekawe historie do opowiadania, tylko dlatego, że jest to zwykle minimalne ryzyko finansowe. Takie filmy mają raczej zapewniony sukces komercyjny. Niestety, wszystko koncentruje się wokół pieniędzy.

Czy pomagasz swojej córce Sofii przy jej filmach? Czy raczej sam się od niej uczysz?

Zawsze wszędzie zabierałem ze sobą swoje dzieci, żeby od najmłodszych lat mogły poznawać tajniki kręcenia filmu. Na początku faktycznie nieznacznie jej pomagałem, ale ona również pomagała mi. Ucząc młodszych od siebie, samemu można się wiele nauczyć.

Pracujesz właśnie w Argentynie nad swoją nową produkcją. O czym będzie opowiadała?

O pewnej rodzinie. A w szczególności o synach i ich ojcach, męskim współzawodnictwie w obrębie rodziny. Będzie to coś na kształt greckiego mitu.

Czy chciałbyś nakręcić jeszcze jakiś film z Robertem de Niro czy Alem Pacino? Coś na kształt rodzinnego zjazdu?

Są wspaniałymi aktorami. Ale nie wiem, czy byłoby mnie na nich jeszcze stać!