Także wizualnie "Pokuta” wyraźnie rozpada się na dwie części. Pierwsza rozgrywa się latem 1935 roku w sennej scenerii angielskiego majątku. Kamera celebruje sielskość. Kadry skąpane są w słonecznych promieniach. Klimaty jak ze sztuk Czechowa czy z "Posłańca”, powieści L. P. Hartleya. Sielski, wiejski krajobraz kontrastuje z dramatem utkanym z uprzedzeń społecznych, hipokryzji, bezwzględności i kłamstw. Z "Posłańcem” film Joe Wrighta łączy także pomysł narracji - namiętności dorosłych widziane oczami dziecka. W "Posłańcu” był to 12-letni chłopiec, w "Pokucie” - 13-letnia Briony, córka właścicieli majątku. Pogodne wakacje stają się punktem zwrotnym w życiu nie tylko dziecka, ale także dorosłych. I to właśnie dziecko odegra decydującą rolę w dramacie.

Briony podpatrzy scenę, której nie zrozumie i którą opacznie zinterpretuje. Zobaczy, jak jej starsza siostra Cecilia (Keira Knightley) najpierw kłóci się o coś z Robbiem (James McAvoy), synem gospodyni, a następnie staje przed nim niemal naga. Dla Briony to wstrząs, bo sama podkochuje się w mężczyźnie. Nadpobudliwa i obdarzona wybujałą wyobraźnią, wcześniej przesadnie idealizowała Robbiego. Teraz z równą przesadą gotowa jest widzieć w nim wszystko, co najgorsze. Kiedy więc tego samego dnia staje się świadkiem miłosnego zbliżenia siostry i Robbiego, wymierza mu karę. Oskarża mężczyznę o zgwałcenie jej nastoletniej kuzynki. Robbie trafia do więzienia.

Ta pierwsza część filmu jest znakomita. Aż kipi od skrzętnie skrywanych emocji i namiętności. Aktorsko równie doskonała. Świetna jest zwłaszcza młodziutka Saoirse Ronan jako Briony. Nie zdziwiłabym się, gdyby dostała za tę rolę Oscara… Napięcie budowane jest jak w najlepszym dreszczowcu. Im bliżej kulminacji, tym gęstsza staje się atmosfera. Każdy detal - spojrzenia, gesty - ma znaczenie. Pytanie tylko, czy potrafimy je właściwie odczytać? Podczas tej pierwszej części widz jest jak Briony. Obserwujemy wydarzenia, których pełny sens stanie się zrozumiały nie od razu. Reżyser Joe Wright prowadzi z nami grę pozorów.

Wraz z aresztowaniem Robbiego zaczyna się jakby inny film. Zmienia się dosłownie wszystko - styl narracji, konwencja, kolorystyka, nawet gra aktorów. Znika wewnętrzne napięcie. Ta druga część "Pokuty” coraz bardziej brnie w łzawy melodramat. Akcja rozgrywa się w latach II wojny światowej. Robbie trafia do ogarniętej wojennym szaleństwem Francji i próbuje wrócić do ukochanej. Cecilia zrywa z rodziną i zostaje pielęgniarką w wojskowym szpitalu. Pojawia się także 18-letnia już Briony, która pragnie odpokutować za swój grzech i pojednać się z siostrą… To już nawet nie "Casablanca”, lecz raczej kino w stylu „Pożegnalnego walca” czy "Hannover Street”. "Pokuta” niebezpiecznie zbliża się do granicy kiczu. Efekt potęgują dialogi – jak z melodramatów o harlequinowskim rodowodzie (aż trudno uwierzyć, że scenariusz napisał wybitny dramaturg, Christopher Hampton!).

Ta druga część razi swoją sztucznością, jak choćby w scenie ukazującej próby ewakuacji Anglików z Dunkierki. Dramat ocierający się o szaleństwo. Od strony technicznej scena na plaży w Dunkierce to majstersztyk - trwająca pięć minut sekwencja z udziałem tysiąca statystów, nakręcona jako jedno długie ujęcie. Ale jednocześnie ta wojenna scena jest irytująco upozowana i teatralna. Przeszkadza natrętna symbolika.

Różnice między dwiema częściami "Pokuty” są tak widoczne, że można byłoby posądzić reżysera filmu o błąd w sztuce. Byłoby to jednak dziwne, bo Wright debiutantem nie jest. A o skali jego talentu może świadczyć udana ekranizacja "Dumy i uprzedzenia” Jane Austen sprzed trzech lat.

W finale film wykonuje kolejny skok w czasie. Oglądamy starą już Briony, która jest znaną pisarką. Podczas wywiadu telewizyjnego czyni zaskakujące wyznanie. I właśnie ta końcowa sekwencja nadaje "Pokucie” zupełnie nowe znaczenie. Nagle wszystko nabiera sensu. Nawet to, że film rozpada się na dwie tak różne części.

"Pokuta” jest ekranizacją słynnej powieści Iana McEwana. Gazety "The Observer” i "Time” umieściły tę książkę na swoich listach stu najważniejszych powieści XX wieku. Ale jednocześnie McEwan spotkał się z zarzutem plagiatu. Pojawiły się głosy, że pisarz wykorzystał w "Pokucie” wydarzenia z cudzej książki, "No Time for Romance”, autobiografii pisarki Lucilli Andrews. W obronie McEwana wystąpili wtedy m.in. John Updike, Martin Amis i Margaret Atwood. Ta awantura wokół "Pokuty” to swoisty paradoks. Bo zarówno książka, jak jej filmowa ekranizacja stawiają pytania o granice dla artystycznej wolności. Jak daleko może posunąć się pisarz dla dobra książki i jej dramaturgii? Czy w imię sztuki można zniekształcać prawdę? Czy wolno manipulować życiem innych? Gdzie kończy się twórcza swoboda, a zaczyna arogancja pisarza, który stawia się na miejscu Boga? Bo pisarz ma przecież ogromną władzę. Nie tylko manipuluje losami swoich bohaterów. Manipuluje także doznaniami i emocjami czytelnika. Może go zwodzić, oszukiwać, zaskakiwać.

Co więc w "Pokucie” jest prawdą, a co złudzeniem? Co wydarzyło się rzeczywiście, a co jest tylko wymysłem Briony? Czy w ogóle cokolwiek z tego, co obejrzeliśmy, miało naprawdę miejsce? Może tylko podpatrzona przez Briony scena kłótni? A cała reszta to już tylko czysty wymysł? Wraz z tymi pytaniami rodzi się potrzeba obejrzenia filmu jeszcze raz, już pod innym kątem - z pozycji dorosłej Briony.