Dziennik Gazeta Prawana logo

Po 67 latach "Casablanca" znowu w kinach

23 września 2009, 12:30
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Wojciech Kałużyński
Wojciech Kałużyński/Inne
Wracająca do kin "Casablanca" z Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman od lat dzierży palmę pierwszeństwa we wszelkich możliwych zestawieniach najwybitniejszych melodramatów wszech czasów. Jak najbardziej słusznie. Film wraca do kin 25 września.
USA 1942; Reżyseria: Michael Curtiz; Obsada: Humphrey Bogart, Ingrid Bergman, Paul Henreid, Claude Rains; Dystrybucja: Vivarto; Czas: 102 min; Premiera: 25 września; Ocena 5/6

Trudno w to uwierzyć, ale amerykańska premiera „Casablanki” w 1942 roku okazała się... gigantyczną klapą. Zresztą już podczas kręcenia wszyscy na planie byli przekonani, że film będzie katastrofą. Reżyser Michael Curtiz słabo mówił po angielsku, ekipa nie bardzo rozumiała o co mu chodzi, a scenarzyści ciągle się między sobą kłócili, nie potrafiąc wymyślić zakończenia. Swoje dołożył też cenzor Joseph Breen, który okroił całość z wszelkich erotycznych podtekstów. Efekt był taki, że film pewnie w ogóle nie wszedłby na ekrany, gdyby nie spotkanie Roosevelta i Churchilla, które odbyło się na początku 1943 roku właśnie w Casablance. Producent postanowił pójść za ciosem, wprowadził „Casablankę” do kin i tym razem wywołał niemal histeryczne uwielbienie publiczności.

p

Opowieść o spotkaniu byłych kochanków we francuskim Maroku stała się melodramatem wszech czasów, który Umberto Eco nazwał najlepiej zaprogramowanym romansem dla mężczyzn. Eco, opierając się na dziele Michaela Curtiza, stworzył zresztą własną definicję obrazu kultowego, czyli takiego, który zawiera w sobie wiele filmów.

I tak właśnie jest z „Casablancą”, w której szpiegowska intryga sąsiaduje z kryminałem, miłosna historia, choć banalna, podszyta jest awanturniczą dezynwolturą, cynik okazuje się romantykiem, nie przestając być wzorcem męskości i dla kobiet, i dla mężczyzn, a jego ukochana jest dokładnie taka, by spełniać męskie ideały i dowartościowywać kobiece ego. Do tego jeszcze motyw męskiej przyjaźni, odrobina patosu, no i jazzowy standard „As Times Goes By” oraz najbardziej kultowa kwestia „Zagraj to jeszcze raz, Sam”, która w ogóle nie pada z ekranu, choć wszyscy ją słyszeli.

Sukces filmu najbardziej zaskoczył jego twórców. Jeden ze scenarzystów, Julius Epstein, konsekwentnie uważał „Casablancę” za idiotyzm, nawet kiedy otrzymał za nią Oscara (razem z resztą scenarzystów i reżyserem). Przez ostatnich 60 lat wielokrotnie dowodzono, że ten film kompletnie nie ma sensu: dlaczego Niemcy honorują skradzione wizy?, dlaczego Strasser nie aresztuje Laszlo na samym początku? Te dlaczego można by mnożyć. Tylko po co. Czy historia miłosna musi w ogóle mieć sens?

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj