Podobno nie jesteś najlepszą kucharką. Czy rola szefowej kuchni w twoim najnowszym filmie zmieniła coś w tym względzie?

Reklama

Nie, nie bardzo...(śmiech!). Zyskałam wprawdzie większą świadomość tego, ile pracy kosztuje przygotowanie dobrego obiadu i z szacunkiem patrzę na to, co kelnerzy podają w restauracjach, ale pozostałam kulinarnym antytalentem. Dobrze wychodzi mi tylko tiramisu. No i potrafię ładnie ubrać stół. Kiedy spaliłam patelnię w naszym apartamencie na Manhattanie Michael (Douglas - mąż aktorki; przyp. red.) zabronił mi wchodzić do kuchni. Na szczęście nic się nikomu nie stało, ale zadymiłam całe mieszkanie.

Domyślam się więc, że przygotowanie do roli w filmie "Życie od kuchni" musiało być dla ciebie prawdziwym wyzwaniem.

Wpadłam w panikę, kiedy okazało się, że muszę nabrać trochę kulinarnego szlifu. Pod okiem doświadczonych kucharzy musiałam odbyć wielogodzinne praktyki we włoskiej restauracji Fiamma w Nowym Jorku. Bałam się, że gdy wezmę nóż do ręki i będę musiała pokroić warzywa, natychmiast odetnę sobie palec, a przy okazji stłukę kilka talerzy. No, ale odpukać, przebrnęłam przez to wszystko bezboleśnie. Później przeszłam przyspieszony kurs kelnerowania. To też było dla mnie nowe doświadczenie. W przeciwieństwie do większości aktorów nie dorabiałam w knajpie między castingami. To kelnerowanie w Fiammie wspominam jednak z sentymentem. Wielu klientów patrząc na mnie, mówiło, że jestem trochę podobna do Catheriny Zety-Jones. Personel restauracji dusił się ze śmiechu.

Widzowie kojarzą cię głównie z kinem akcji, komedią romantyczną, musicalem. Czy w tych gatunkach czujesz się najlepiej?

Tak, ale chciałabym grać różne postaci. Kiedy Steven Soderbergh nieoczekiwanie zaproponował mi rolę w filmie "Traffic", kompletnie różną od tego, co grałam do tej pory, nie wiedział, że jestem w ciąży. Kiedy przeczytałam scenariusz, poczułam, że to jest właśnie to. Byłam tak strasznie zdeterminowana, że przekonałam Stevena, by pozwolił mi zagrać ciężarną Helenę, żonę narkotykowego bossa, nieświadomą przestępczej działalności męża. Kiedy rozpoczęliśmy zdjęcia byłam już w szóstym miesiącu.

Potem za tę rolę otrzymałaś nominację do Złotego Globu, a Velma Kelly z musicalu "Chicago" przyniosła ci Oscara.

Nawet nie pamiętam, co powiedziałam, odbierając statuetkę. Nie mogłam uwierzyć, kiedy wyczytali moje nazwisko. Zresztą znów byłam wtedy w ciąży, w siódmym miesiącu. Tym razem z córką Carys. Jasne, że się ucieszyłam, ale ten Oscar nie był najważniejszy. Bardziej martwiłam się, jak przejdę poród i czy dziecko będzie zdrowe. Za to bez wahania oddałabym wszystkie Oscary świata.

Słyszałam, że o rolę Velmy też walczyłaś jak lwica?

Czy chciałam ją zagrać? To tak jakbyś zapytała mnie czy chcę się rano obudzić i oddychać? Velma Kelly to ja! Po prostu musiałam dostać tę rolę. Przychodziłam na przesłuchania jako pierwsza i zawsze byłam najlepiej przygotowana. Pokochałam Velmę za jej pasję, charyzmę, talent, determinację. Nawet kiedy trafia do wizienia jako morderczyni, nadal żyje we własnym świecie. Jej sława tancerki i piosenkarki rośnie nawet za kratami. Velma nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że może kiedyś stracić uwielbienie fanów i męską adorację. Poza tym ja kocham taniec. Zaczynałam już w wieku czterech lat. Śpiewałam w kościelnym chórze, a później w Operze Narodowej w Londynie. Jako 15-latka zgrałam w musicalu "42 Ulica". Uwielbiam ten gatunek.

Ale fechtunku do "Maski Zorro" musiałaś się nauczyć od podstaw.

Tak, to był efekt ciężkich sześciomiesięcznych treningów. Potraktowałam fechtunek jak ćwiczenie choreograficzne. To też polega na liczeniu. Musisz złapać właściwy rytm. Później tak mi się spodobało, że kilka razy za mocno przyłożyłam Banderasowi! Myślę, że naprawdę jestem niezła w te klocki. Dla mnie "Maska Zorro" jest filmem szczególnym. Po pierwsze dlatego, że wtedy jeszcze nie byłam znana. Zdjęcia kręciliśmy w Meksyku i kiedy Banderas wraz z Anthonym Hopkinsem rozdawali autografy, miejscowi ludzie zwracali się do mnie po hiszpańsku. To było niesamowite, że oto ja rodowita Walijka otrzymałam w ten sposób nową etniczną tożsamość. Po drugie, dzięki temu filmowi poznałam Michaela. Spotkaliśmy się po raz pierwszy podczas promocji "Maski Zorro" na festiwalu filmowym w Deauville.

Jesteście szczęśliwym małżeństwem od 7 lat. Zdradzisz sekret?

To proste. Trzeba mieć oddzielne... łazienki (śmiech!) A tak na serio to nie wiem. Nie ma żadnych reguł. Staramy się być dla siebie uprzejmi i szanować się nawzajem. Nawet kiedy się nie zgadzamy w jakichś sprawach, nie podnosimy głosu. Poza tym ja ciągle... uwodzę mojego męża. Lubię czuć się sexy! Wiem, że on ciągle postrzega mnie jako atrakcyjną kobietę. To nadaje smaku naszemu związkowi. Myślę także, że posiadanie wspólnych dzieci także bardzo wzmacnia więź między małżonkami. A poza tym pokaż mi drugą taka parę, która urodziła się tego samego dnia i miesiąca tylko w innych latach. Oboje urodziliśmy się 25 września, tyle że jest między dokładnie 25 lat różnicy. Jest w tym jakaś magia.