Rozśmieszanie to trudne zajęcie?

Jan Kobuszewski: Na pewno nie można się go nauczyć. Vis comica, albo przynajmniej predyspozycje do niej, trzeba mieć od urodzenia. Samą umiejętność nabywa się przez obcowanie z publicznością, dzięki temu wiadomo, na co można sobie pozwolić. Bo nie można przesadzić – jeśli dowcip, zarówno w sensie gestu, zachowania czy języka słowa, staje się szarżą, wtedy nie ma komedii, a jest szmira. Trzeba mieć umiar, dystans i umiejętność spojrzenia na siebie z boku. Nawet jeśli przesadzimy w pewnych sprawach aktorskich, jeśli szarżujemy, to musimy to robić z pełną świadomością, pod kontrolą. Komedia powinna być szlachetna.

Czy jako naród mamy specyficzne poczucie humoru?

Nie potrafimy się z siebie śmiać. Wolimy wyśmiewać innych.

Adolf Dymsza wspominał, że po roli w filmie "Sprawa do załatwienia" Jana Rybkowskiego, gdzie kreował m.in. postać chamskiego kierowcy, taksówkarze uznali, że ich ośmieszył i nie chcieli go podwozić. Pan też często grywał cwaniaczków i kombinatorów. Czy miał pan podobne kłopoty?

Nigdy ich nie doświadczyłem. Na mój widok ludzie się zwykle uśmiechają. I to jest chyba największy sukces dla mnie jako aktora, że nie plują, nie odwracają się z niesmakiem, lecz mówią "Dzień dobry, panie Janku". Bardzo jestem współplemieńcom wdzięczny za wyrazy sympatii. Starałem się na nie zasłużyć.

Zaczynał pan rolami dramatycznymi w inscenizacjach m.in. Gogola, Witkacego i Szekspira. Jak to się stało, że został pan aktorem komediowym?

Nieżyjący już mój przyjaciel i kolega z roku w szkole teatralnej Zbyszek Zapasiewicz, który był siostrzeńcem naszego rektora, czyli Jana Kreczmara, wyznał po latach, iż wuj w prywatnej rozmowie zdradził mu, że "Janek będzie aktorem komediowym". I już w szkole do tego komediowego emploi podobno mnie szykowano, o czym wtedy nie miałem zielonego pojęcia. Coś komediowego chyba jednak we mnie tkwiło, uśmiech na mojej chudej gębie zawsze gościł i nawet grając role na wskroś dramatyczne starałem się to uprawdopodobnić domieszką komizmu. Życie nie jest przecież ani czarne, ani białe, lecz mniej lub bardziej szare. W tej szarości mieszczą się zarówno tragedia, jak i komedia.


Zna pan anegdotę o Janie Kobuszewskim, którą opowiadają sobie studenci aktorstwa?

Ciekawe, czy jest prawdziwa, niech pan opowie.

Rzecz się dzieje podczas egzaminu wstępnego do szkoły teatralnej. Od jednego z członków komisji kandydat otrzymuje zadanie: "Proszę rozśmieszyć pana Kobuszewskiego". "A który to?" – pada odpowiedź.

Nigdy nie wykładałem w szkole teatralnej, ale kilka razy zasiadałem w komisji egzaminacyjnej dla eksternistów. Rzeczywiście taka sytuacja miała miejsce, zdaje się nawet, że to polecenie padło z ust Saszy Bardiniego, ale nie przypominam, kim był ów kandydat i czy zdał egzamin. Ale to nie było trudne zadanie, bo mnie bardzo łatwo można rozśmieszyć.

A z czego się pan śmieje?

Najbardziej śmieszą mnie sceniczne potknięcia, także moje oraz niezamierzone lapsusy w życiu codziennym. Zaś mistrzem w wygłaszaniu dowcipów jest Wiesio Michnikowski – przygotowuje i opowiada je tak, że wobec ładunku tego humoru oraz kunsztu narracji jestem po prostu bezradny.

W jaki sposób znalazł się pan w obsadzie pierwszego serialu w dziejach TVP "Barbara i Jan" z 1964 roku. Wygrał pan casting?

Poniekąd dostałem tę rolę po kumotersku. Przyjaźniłem się z mężem mojej koleżanki z roku, Majki Broniewskiej, po mężu Pijanowskiej, reżyserem i krytykiem Lechem Pijanowskim, ojcem znanego potem prezentera telewizyjnego i szaradzisty. Leszek zaproponował, że napisze dla mnie taki serialik. I wszystko szło świetnie, dopóki nie wmieszały się władze. Cenzura towarzyszyła nam na każdym etapie produkcji, ingerowano w scenopis i scenariusz – pamiętam, że wygładzano wątki korupcji w zakładach pracy – kontrolowano pracę na planie, coś przemontowywano po kolaudacji.


A dlaczego potem nigdy nie zagrał pan w filmie głównej roli?

Kocham kino, ale jako widz, moim pierwszym żywiołem jest teatr, a potem kabaret oraz telewizja, w której także się dużo nauczyłem. Towarzyszyłem powojennej telewizji praktycznie od samego początku. Byłem nawet testerem niektórych nowinek technicznych. Na „Wielokropku”, który tworzyliśmy z Jasiem Kociniakiem, testowano działanie pierwszego magnetowidu – nasz program był jedną z pierwszych audycji telewizyjnych zarejestrowanych za pomocą tego urządzenia. Zdaje się, że Polska miała wówczas embargo na takie zakupy na Zachodzie, więc nasi inżynierowie opracowali krajowy odpowiednik zagranicznego sprzętu. W efekcie powstała maszyna o gabarytach szafy trzydrzwiowej, dzięki której nagrania fragmentów „Wielokropka” i innych programów z tamtego okresu przetrwały do naszych czasów.

Wracając do kina – byłem zajęty pracą w teatrze. Bywało, że grałem wieczorem, a rano trwały próby do przygotowywanych spektakli. Na dwóch scenach Teatru Polskiego rocznie odbywało się dwadzieścia kilka premier, to pochłaniało tyle czasu, że nie starczało go już na film.

Był pan etatowym odtwórcą epizodów w kultowych filmach "Nie ma róży bez ognia", "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?", "Poszukiwany, poszukiwana", "Brunecie wieczorową porą" oraz serialu "Alternatywy 4". W jakich okolicznościach poznał pan Stanisława Bareję?

Staszka spotkałem w Łagowie na planie filmu "Godziny nadziei" Jana Rybkowskiego. To był wielki spęd studentów ze szkół aktorskich w Warszawie, Wrocławiu, Łodzi i Krakowie, on zaś pełnił rolę asystenta reżysera. Wtedy się zaprzyjaźniliśmy. Mieliśmy niepisaną umowę, że ze względu na pracę w teatrze gram u niego tylko epizody, czyli nie więcej niż trzy dni zdjęciowe. Staszek miał cudowne poczucie humoru, a przy tym był człowiekiem niesłychanej wrażliwości i ciepłego spojrzenia na świat. Pracowało się z nim wspaniale, kiedy aktor zagrał źle, brał go na bok, delikatnie sugerował, żeby spróbować inaczej. Miał świetny zmysł obserwacyjny, on tę peerelowską rzeczywistość odwzorował wiernie, choć w krzywym zwierciadle. Jego niedoceniane wtedy filmy przetrwały próbę czasu. Z kolei Wacek Kowalski opowiadał mi, że początkowo "Sami swoi" mieli być opowieścią o dramacie i tułaczce przesiedleńców z Kresów Wschodnich, a wyszła jedna z najwspanialszych komedii w historii polskiego kina. Komedia to niezwykle trudny, ale wielowymiarowy gatunek. Serdecznie pozdrawiam wszystkich czytelników, którzy mieli cierpliwość przeczytać ten wywiad do końca!