"Doktryna szoku” Naomi Klein stała się przed dwoma laty globalnym bestsellerem. Wtedy to była książka ważna, celnie uderzająca w aksjomaty neoliberalizmu. Dziś jest bodaj jeszcze ważniejsza, bo przecież tezy zarówno „Doktryny szoku”, jak i „No Logo” w kontekście ostatniego wielkiego kryzysu okazały się w znacznej mierze trafne. W każdym razie trafniejsze niż dogmaty bezkrytycznych wyznawców wolnorynkowej globalizacji, w rodzaju Alaina Greenspana czy zaangażowanego w plan Balcerowicza Jeffreya Sachsa, którzy toczyli zresztą z Klein poważne spory i debaty.

Reklama

Film Michaela Winterbottoma, reżysera nieukrywającego lewicowych i alterglobalistycznych przekonań, próbuje wiernie wpisywać się w zaangażowaną, kontrowersyjna, zatrącającą o teorie spiskową poetykę książki Klein. I do pewnego stopnia to się udaje. Narracyjnie Winterbottom nie kombinuje. Opowiada ekonomiczną historię ostatniego półwiecza, chronologicznie relacjonując skutki terapii szokowych w Chile ery Pinocheta, w Argentynie po przewrocie Videli, w Polsce po 1989 roku, w Rosji za czasów Jelcyna, w Nowym Orleanie po huraganie „Katrina”, w Iraku wojny z terroryzmem.

Nic w tej narracji nie przesłania naczelnej tezy, że oto od kilkudziesięciu lat zorientowani liberalnie politycy i ekonomiści zamieniają lokalne kryzysy w katastrofy, by zszokowane społeczeństwa poddać przymusowej wolnorynkowej terapii. Fundament owej doktryny szoku opiera się tu na przekonaniu, że ludzie gotowi są zapłacić ucieczką od wolności za bezpieczeństwo, jeśli tylko stworzy się sytuację, w której uwierzą, że to jedyne lekarstwo na zagrożenie.

Więźniowie chilijskich obozów koncentracyjnych, ci z Guantanamo i Abu Ghraib, przyznają się do wszystkiego, gdy się ich podda profesjonalnym torturom, Chilijczycy i Argentyńczycy zaakceptują krwawą dyktaturę, jeśli tylko puste sklepy znów zapełnią się towarami, Nowoorleańczycy przestaną protestować przeciw wyburzaniu całych dzielnic i stawiania w nich nowoczesnych osiedli, jeśli przy okazji niszczycielskiego huraganu zniszczy się wały i zaleje owe dzielnice wodą, Polacy poprą prywatyzację służby zdrowia, jeśli się ją najpierw ekonomicznie zrujnuje, a Amerykanie uwierzą, że wojna z Irakiem toczy się w obronie demokracji, a nie o ropę i kontrakty, jeśli odpowiednio zabezpieczy się ich przed powtórką z 11 września.

Wystarczy zamrozić ewolucyjne reformy, a kryzys stanie się nieunikniony i ludzie sami poproszą o wielką reformę, na której zarobią duże korporacje. Wbrew głosom konserwatywnych krytyków, książka Klein wcale nie była aż tak radykalna. Autorka zatrzymała się krok przed postawieniem tezy o światowym korporacyjnym spisku. Jakby czując niejaką wtórność owej tezy, bo przecież realizacja interesów wielkich korporacji dzięki pomocy polityków nie jest w historii XX wieku niczym wyjątkowym.

W filmie Winterbottom stara się być bardziej wyrazisty. Na ławie oskarżonych sadza papieża neoliberalnego kapitalizmu Miltona Friedmana i jego epigonów z chicagowskiej szkoły. W narracji zręcznie sprowadza fakty do wspólnego mianownika spójnej interpretacji w tonie dokumentalnego ekonomicznego horroru. Skromnego, opartego na metodzie archiwalnego montażu, przeplatanego gadającymi głowami, a przy tym zrealizowanego tak jak każą szkoły propagandy – plakatowo, jednowymiarowo, bez szerszego kontekstu. Nietrudno więc filmowej „Doktrynie szoku” postawić zarzut manipulacji faktami, populistycznego grania na emocjach. Gdzie montaż nie wystarcza, tam sama Klein z mównicy konferencji gospodarczej doszczętnie obala mity o wolnorynkowych receptach Friedmana i rozbraja neoliberalne utopie.

Za proste to wszystko, na kilometr pachnące demagogią, ale zrobione jednak lepiej niż ostatnie, coraz naiwniejsze, filmy Michaela Moore’a. Alterglobalistyczna hasłowość to słabość, ale „Doktryna szoku” sporo jednak tłumaczy, ze słusznością wielu stawianych w nim tez trudno się nie zgodzić, trudno też się nie wkurzyć na zgniłych kapitalistycznych liberałów. Ale jakiegoś większego szoku cała ta agitacja jednak nie powoduje, bo też Ameryki nie odkrywa, przekonującej, zmyślnie podanej, deskrypcji nie towarzyszy jednak żadna wizja alternatywnej przyszłości, którą bylibyśmy w stanie zaakceptować jako konieczną terapię antyszokową. Cóż, kto mieczem wojuje, od miecza też ginie.