Podczas trwającej ponad dwie godziny gali rozpoczynającej festiwal - w sobotę 28 listopada - organizatorzy wręczyli większość nagród specjalnych.

W tym roku wyróżniono polskiego operatora pracującego na Zachodzie Dariusza Wolskiego ("Piraci z Karaibów", "Sweeney Todd. Demoniczny golibroda z Fleet Street") i słynną montażystkę Thelmę Schoonmaker, która współtworzyła niemal wszystkie obrazy Martina Scorsesego.



Triumf siwej pani

Thelma Schoonmaker, odnosząc się do takich arcydzieł, jak "Wściekł byk" czy "Chłopcy z ferajny", których fragmenty pokazano w Teatrze Wielkim, powiedziała skromnie: "To ta siwa pani zmontowała te filmy".

Trzykrotna laureatka Oscara opowiedziała o fascynacji jej i Scorsesego twórczością Wajdy i Polańskiego. "Przed nakręceniem "Infiltracji" kazaliśmy Leonardo DiCaprio obejrzeć "Popiół i diament". To zresztą jedyny film, którego plakat wisi w naszej montażowni obok plakatu "Ulic nędzy" - mówiła. Zdradziła też, że przy najnowszym projekcie, który zrobiła ze Scorsesem, "Wyspie skazańców", cala ekipa przed przystąpieniem do zdjęć obowiązkowo oglądała "Dziecko Rosemary" Polańskiego.

Nagroda za całokształt dla producenta przypadła Richardowi Zanuckowi ("Wożąc panią Daisy", "Szczęki" oraz czekające na premierę "Alicja w Krainie Czarów" Burtona i "Zmierzch tytanów" Leterriera). Zanuck odebrał ją z rąk swojego syna Deana, który zaczął już stawiać pierwsze kroki w Hollywood, w tej samej profesji co ojciec.


Tańczący Python

Największe poruszenie wywołało taneczne wejście na scenę w rytm "Always Look on the Bright Side of Life" z "Żywotu Briana" Terry'ego Gilliama, który odebrał nagrodę dla reżysera ze szczególną wrażliwością wizualną. "Wcale nie czuję się wrażliwy. To, co wy bierzecie za wrażliwość, dla mnie jest robotą rzeźnika" - żartował ekspythonowiec.

Równie duży entuzjazm wywołał Bill Murray. Zapowiadając konkurs filmów studenckich, aktor rozbawił widownię. "Przedłużam owację na stojąco, żeby mogli państwo rozprostować nogi podczas tej przydługiej ceremonii" - powiedział z kamienną twarzą.

Murraya można było zobaczyć nie tylko na scenie, ale także na ekranie podczas pierwszego konkursowego pokazu tegorocznego Plus Camerimage jako cynicznego właściciela zakładu pogrzebowego w filmie "Aż po grób". Obraz występującego od niedawna w roli reżysera operatora Aarona Schneidera został oparty na autentycznej historii, która miała miejsce w latach 30. w Ameryce. Prowadzący od 40 lat pustelnicze życie Felix Bush (znakomity Robert Duvall), o którym krążą przeraźliwe legendy, wynajmuje zakład pogrzebowy, by zorganizował mu stypę za życia. Warunek jest jeden - każdy, kto na nią przyjdzie, ma opowiedzieć jakąś historię o Bushu. By zwabić jak najwięcej osób, starzec ogłasza, że podczas stypy odbędzie się loteria - zwycięzca odziedziczy po nim spory kawałek ziemi.


Zgorzkniałość na poziomie

Kreacja Duvalla, zgorzkniałego, w mniemaniu małej społeczności niebezpiecznego człowieka z tajemnicą, jest jak zwykle na mistrzowskim poziomie. Doskonale dopełnia się z grającym na kontrze, odrobinę szarżującym Murrayem w roli wiecznie podpitego człowieka interesu. Niestety akcja filmu, gdy już poznajemy tajemnicę głównego bohatera, lekko siada, a grzech z przeszłości Busha na dzisiejszym widzu nie robi wrażenia.

Zupełnie inną propozycją konkursową był "Parnassus" Terry’ego Gilliama. Ten film to przede wszystkim wielka plastyczna barokowa wizja. Podróżująca wyjętym z innej epoki wozem cyrkowym trupa Doktora Parnassusa (Christopher Plummer) daje dziwny show, możliwość wniknięcia w świat swoich marzeń i lęków. Za cyrkowcami podąża szatan (niesamowity Tom Waits) pragnący załatwić z Parnassusem stare porachunki. Film Gilliama przytłacza widza wizualną stroną, ale próbuje też unieść wielki koncept eschatologiczny: wieczny zakład Boga z diabłem o losy świata.

Czy któraś z premier pierwszego weekendu zostanie nagrodzona przez jury, dowiemy się w sobotę 5 grudnia.