Żona głównego bohatera, nieco fajtłapowatego gryzipiórka Cala, na deser zamiast lodów czy ciasta prosi go o... rozwód. Tym samym wprawia w ruch machinę zbiegów okoliczności prowadzących do przypadkowych spotkań, dzięki którym wszystkim uczestnikom miłosnej gry uda się wrócić na prostą. Podobnie bowiem, jak w lubianym brytyjskim hicie "To właśnie miłość", fabularna siatka "Kocha, lubi, szanuje" upleciona jest z wielu wątków dotyczących różnych postaci, których drogi przetną się dopiero w finale. I choć obu wspomnianym filmom przyświeca jedna idea – nieustawanie w próbach odnalezienia jedynej i prawdziwej, upragnionej miłości – w odróżnieniu od bożonarodzeniowej, pełnej ciepła, wyciszonej atmosfery romantycznego dzieła Richarda Curtisa, reżyserzy Ficarra i Requa folgują sobie w duchu nowoczesnej komedii amerykańskiej. Sporo tutaj sytuacyjnych, nasączonych seksualnymi odniesieniami żartów, popkulturowych aluzji oraz komediowej werwy.

Nie przeszkadza nawet nagromadzenie schematów znanych z setek filmów tego typu, gdyż ekranowe wcielenia Steve’a Carella (Cal), Ryana Goslinga (niepoprawny podrywacz), Julianne Moore (żona u progu kryzysu osobowościowego) czy Emmy Stone (młoda prawniczka śniąca o wymarzonym kochanku) aż chce się oglądać – sylwetki bohaterów nakreślone są w sposób na tyle sympatyczny i serdeczny, że pewna powtarzalność fabuły schodzi na dalszy plan. Rzecz jasna psychologia postaci nie wykracza w swojej prostocie poza ramy konwencji, ale "Kocha, lubi, szanuje" wygrywa właśnie przekonującymi portretami tych zagubionych w wielkim świecie, pragnących rozwikłać zawiłe tajemnice ludzkiej uczuciowości, poczciwców.

KOCHA, LUBI, SZANUJE | USA 2011 | reżyseria: Glen Ficarra, John Requa | dystrybucja: Warner Bros. | czas: 118 min