PIOTR CZERKAWSKI: Twoja wielokrotnie nagradzana "Komunia" nie ma nic wspólnego z polskim kinem "społecznie zaangażowanym", jakie znam. Podczas seansu miałem raczej wrażenie, że oglądam film zrealizowany przez młodszą siostrę Kena Loacha.

ANNA ZAMECKA: To zabawne, bo takie głosy docierały do mnie już na festiwalu w Locarno. Szwajcarzy zwracali uwagę przede wszystkim na powiązania pomiędzy moim filmem a – również podejmującym temat przygotowań do komunii – "Wiatrem w oczy". Oczywiście wszelkie podobieństwo "Komunii" do kina Loacha jest przeze mnie niezamierzone, ale bardzo lubię tego reżysera, więc głosy takie jak twój sprawiają mi dużą przyjemność.

Czy zgodzisz się ze stwierdzeniem, że "Komunia" opowiada nie tylko historię pojedynczej rodziny, lecz może być odbierana także jako uniwersalna opowieść o trudnym położeniu polskich kobiet?

Może nawet nie tylko polskich, ale kobiet w ogóle. Postać 14-letniej Oli, która musi wziąć na siebie ciężar zajmowania się domem i rodziną, jest mi szczególnie bliska, bo sama byłam takim "dorosłym dzieckiem". Bardzo ważną rolę w filmie odgrywa jednak także postać mamy Oli, która, jakiś czas temu, zdecydowała się opuścić rodzinę i ułożyć sobie życie od nowa.

Dlaczego ta bohaterka jest dla ciebie aż tak istotna?

Zwykle dzieje się tak, że jeśli swoich najbliższych porzuca mężczyzna, uznajemy, że widocznie miał powody, i przechodzimy nad całą sprawą do porządku dziennego. Gdy jednak analogicznie zachowa się kobieta, od razu odsądzamy ją od czci i wiary. Społeczne oczekiwania wobec matek są ogromne, o wiele większe niż wobec ojców, bo macierzyństwo traktujemy jako posłannictwo kobiety, a nie kwestię jej wyboru. Wygodnie nam wierzyć, że w rolę matki kobiety wchodzą naturalnie, prowadzone przez pierwotne instynkty, a matczyna miłość jest bezwarunkowa. W "Komunii" chciałam pokazać, że wbrew pozorom wcale nie jest to takie proste.

Twój film zwraca uwagę także pełnym czarnego humoru portretem instytucji Kościoła.

Niektórzy pomyślą pewnie, że aby zarejestrować takie groteskowe kazanie jak to, które słyszymy w filmie, czekałam całe tygodnie. Prawda jest natomiast taka, że w ogóle nie musiałam się wysilać i trafiłam na nie zupełnym przypadkiem, podczas rutynowego zbierania dokumentacji do filmu. Zupełnie zamierzone było już jednak przeze mnie pokazanie Kościoła jako instytucji, która często nie wywiązuje się z ważnego obowiązku, jakim jest szeroko rozumiane wspieranie potrzebujących rodzin.

Niezbyt pozytywnie wypada w "Komunii" opieka społeczna, której przedstawiciele nie mają pomysłu na to, jak pomóc Oli i jej rodzinie.

Okazuje się, że system pomocy nie działa również w tym przypadku. Zdecydowanie jednak nie chciałam robić filmu interwencyjnego, rzucać oskarżeń, lecz pokazać niemoc i obojętność instytucji, których zadaniem powinno być wspieranie rodzin w trudnej sytuacji. Jestem pewna, że sportretowany w filmie kurator sądowy chce dla Oli dobrze. Czy jednak ma prawo traktować ją jak dorosłą osobę? Przecież Ola jest dzieckiem i nie powinna rozwiązywać problemów za dorosłych.

Czy zależało ci na tym, by "Komunię" można było interpretować jako opowieść o dorastaniu?

Myślę, że to najważniejszy wymiar mojego filmu. Dojrzewanie wiąże się z rozczarowaniami, tym bardziej bolesnymi, kiedy dotyczą naszych najbliższych. W filmie Ola musi symbolicznie rozstać się z wyidealizowanym obrazem rodziców. Umiejętność pogodzenia się z takimi sytuacjami wydaje mi się kluczową oznaką dojrzałości.

Czym najbardziej zaskoczyli cię twoi bohaterowie podczas pracy nad filmem?

Zafascynował mnie autystyczny brat Oli Nikodem, a zwłaszcza jego nieoczywista perspektywa i sposób, w jaki widzi świat. Nie mogę zrozumieć, jak to jest możliwe, że nikt z otoczenia Nikodema nie dostrzega tego chłopca, bogactwa jego osobowości.

Domyślam się jednak, że może nie być to proste.

Problemem Nikodema jest brak kompetencji społecznych, ale nie znaczy to przecież, że nie da się nawiązać z nim relacji. To oczywiście wymaga uważności i pewnego wysiłku. Problem w tym, że właściwie nikt go nie podejmuje.

Za opiekę artystyczną nad "Komunią" odpowiadał Jacek Bławut. Jak wspominasz swoją współpracę z tym utytułowanym reżyserem?

Jestem wdzięczna Jackowi za to, że uwierzył w mój film, bo przez to pomógł uwierzyć w niego również mnie. Realizację "Komunii" odbierałam jako skok na głęboką wodę, bo to mój absolutny debiut reżyserski. Choć w takiej sytuacji bezpiecznej byłoby pewnie zacząć od krótkiego metrażu, zdecydowałam się na realizację długiego filmu. Możliwe, że gdyby nie wsparcie Jacka, wcale bym się na to nie odważyła.

Jak w przypadku chyba każdego dobrego filmu dokumentalnego po obejrzeniu "Komunii" ciśnie się na usta pytanie: jak potoczyły się dalsze losy bohaterki?

Ola poważnie myśli o swojej przyszłości i w związku z tym podjęła decyzję o wyprowadzce z domu. Niedawno dostała się do wymarzonego liceum z internatem, chodzi do klasy o profilu medycznym i w przyszłości chce być lekarzem. Chociaż powiedziała nam, że jeśli nie powiedzie jej się w życiu, zawsze może zostać filmowcem.