MARTA BAŁAGA, KUBA ARMATA "Ostatni pociąg" to sequel filmu animowanego "Seoul Station". Paradoks tej sytuacji polega na tym, że ten drugi premierę miał nieco później. Z czego to wynikało?

YEON SANG-HO: Dokładnie z tego powodu określiłbym "Seoul Station" raczej jako prequel. Właśnie od niego wszystko się zaczęło. To dość przygnębiający film, z bardzo mocnym przesłaniem. Po tym, jak go zrealizowałem, uznałem, że chciałbym opowiedzieć o tych samych wydarzeniach w nieco lżejszy sposób. Zależało mi, żeby skupić się na emocjach. Zacząłem się zastanawiać, co by było, gdyby zombi, które zaatakowały Seul, nagle postanowiły przejechać się pociągiem. I to najlepiej tym pośpiesznym, który nie zatrzymuje się na każdej stacji. To moi producenci wyszli z inicjatywą zrobienia z tej historii filmu fabularnego. Pomyślałem – dlaczego nie? W końcu zawsze chciałem tego spróbować.

Czy w efekcie w obu filmach można znaleźć wiele wspólnych wątków?

Pracowałem nad nimi prawie w tym samym czasie. Mówiąc najprościej, "Seoul Station" pokazuje, co wydarzyło się wczoraj. "Ostatni pociąg" – co wydarzy się dziś. Jednocześnie ich ton jest zupełnie inny. "Ostatni pociąg" jest jednak znacznie bardziej komercyjny. To zabawne, bo choć nie brak w nich przeplatających się wątków, tak naprawdę można obejrzeć tylko jeden z nich i wszystko będzie jak najbardziej zrozumiałe.

Nigdy wcześniej nie dysponowałeś tak dużym budżetem, a co za tym idzie, nie nakręciłeś filmu na tak dużą skalę. Stanowiło to duże wyzwanie?

Mam takie poczucie, że nie dano mi się tym nacieszyć, bo "Ostatni pociąg" powstawał wyjątkowo szybko. Od momentu, kiedy nakręciłem "The Fake", czyli od 2013 roku, często proponowano mi zrobienie wysokobudżetowego filmu. Moi producenci zawsze uważali, że jeśli będę miał do dyspozycji większy budżet, o wiele lepiej sobie poradzę. Sam nie wiem, jak mam to rozumieć, bo raczej nie brzmi to jak komplement (śmiech). Muszę jednak przyznać, że mieli rację. Na planie czułem się wyjątkowo swobodnie, mimo że fabuła rządzi się zupełnie innymi prawami. Animacja pozwala ci zamknąć się we własnym świecie. Tu współpracujesz jednak z wieloma ludźmi.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że filmy o zombi stają się teraz coraz bardziej brutalne. Twój jednak taki nie jest.

Trzeba powiedzieć, że w Korei filmy o zombi nie cieszą się aż takim powodzeniem. Ludzie nie są przyzwyczajeni do tego gatunku. Dlatego tak bardzo zależało mi, żeby mój film był realistyczny. Przynajmniej na tyle, na ile to możliwe. Tylko wtedy widzowie mogą się identyfikować z tą dość nietypową sytuacją. Nie chciałem, by charakteryzacja była zbyt przesadzona ani by przemoc wydawała się nazbyt karykaturalna. Robiąc go, myślałem raczej o filmach Paula Greengrassa, chociażby o "Locie 83". W "Ostatnim pociągu" nie chodzi o zombi. Nie interesowało mnie aż tak bardzo, jak będą wyglądać, bo postrzegam je zaledwie jako pretekst. Wolałem skupić się na tym, jak niewiele potrzeba, by normalni ludzie zmienili się w potwory. Chciałem, by widzowie uwierzyli w to, co się dzieje. I żeby ich to przeraziło.

Od "Nocy żywych trupów" George’a A. Romera filmy o zombi często nawiązywały do aktualnej sytuacji politycznej. W "Ostatnim pociągu" przypominasz o zeszłorocznej epidemii wirusa MERS, nie boisz się też podkreślać społecznych podziałów. Dlaczego?

Jak już mówiłem, Koreańczycy nie są przyzwyczajeni do opowieści o zombi. Nie wiedziałem, jak zareagują na mój film. Dlatego starałem się nawiązać w nim do rzeczy, które dobrze znają i których sami nie tak dawno doświadczyli. Sposób, w jaki rząd reaguje w filmie na to, co się dzieje, stanowi dokładne odzwierciedlenie ich zachowania w 2015 roku. Poza tym nasze społeczeństwo zwykle odwraca wzrok od ludzi, którym nie powiodło się w życiu. Nikt nie zwraca uwagi na bezdomnych śpiących na dworcach. Więc czy od razu zauważylibyśmy, że nagle brakuje im połowy twarzy? Nie sądzę.

Twój film to także prawdziwy spektakl kina akcji. Myślisz, że w ten sposób ludziom łatwiej będzie przełknąć nie zawsze przyjemne rzeczy, jakie masz na ich temat do powiedzenia?

Kiedy rozpoczynałem pracę nad filmem, wielu znajomych reżyserów powiedziało mi, że aby przekonać do siebie publiczność, "Ostatni pociąg" musi być przede wszystkim świetnie zrealizowany. To film rozrywkowy, ale chciałem osadzić go w bliskich nam realiach. Nawet czarny charakter, grany przez Kima Eui-sunga, nie wyróżnia się tak naprawdę niczym szczególnym. Niektórzy początkowo uważali, że finalnie powinien okazać się na przykład agentem specjalnym, ale wcale nie spodobał mi się ten pomysł. W czym miałoby to niby pomóc? Przecież zło jest czymś najzwyklejszym na świecie.

Wspomniany wcześniej Romero krytykował kiedyś Guillermo del Toro za rozpoczęcie w "Blade: Wiecznym łowcy II" trendu na poruszające się szybko zombi. Tobie najwyraźniej to nie przeszkadza.

Spodziewałem się tego pytania (śmiech). Zombi to żywe trupy. Gniją, więc nie są w stanie szybko się poruszać. Ale wydarzenia, o których opowiadam, rozpoczęły się zaledwie 24 godziny wcześniej. Ci wszyscy ludzie dopiero co stali się zombi – są więc wciąż dość energiczni. Inspirowałem się tu "Świtem żywych trupów" Zacka Snydera. Widać w nim było, że wraz z upływem czasu stawały się coraz wolniejsze. Moje do tego jeszcze ślepną. To czysta biologia!