"Anomalisa" była pierwotnie pomyślana przez Charliego Kaufmana jako sztuka teatralna. Jak zareagowałaś na pomysł, by na jej podstawie stworzyć akurat film animowany?
Jennifer Jason Leigh:
Byłam zachwycona. Tym bardziej że od samego początku planowano użycie animacji poklatkowej. Z jednej strony "Anomalisa" stanowi dla mnie powrót do dzieciństwa, a z drugiej – jest przecież filmem poważnym, adresowanym ewidentnie do dorosłych. Takie sprzeczności mógł wiarygodnie połączyć z sobą tylko wizjoner pokroju Kaufmana.

Jakie animacje szczególnie podobały ci się w dzieciństwie?
Nie potrafiłabym wybrać jednego tytułu. Olśniewał mnie sam pomysł, by sięgnąć po stworzenia, które znamy pod postacią maskotek i gadżetów, a potem sprawić na ekranie, że wyglądają jak żywe. Właśnie z powodu tego efektu uwielbiałam klasyczne animacje w rodzaju "Bambi". Nie ograniczałam się jednak tylko do nich. Równie dużą przyjemność sprawiały mi trochę kiczowate animowane seriale o wampirach, których tytuły wyleciały mi już dziś z głowy.

Czy właśnie te młodzieńcze fascynacje sprawiły, że związałaś się później ze światem kina?
Dorastałam w Hollywood, a moi rodzice pracowali w branży filmowej, więc wejście w jej szeregi nie było dla mnie realizacją jakiegoś ekscytującego marzenia. Właściwie stanowiło najbardziej normalną rzecz pod słońcem. Takie podejście było naiwne, ale ostatecznie bardzo mi pomogło. Zwłaszcza że zdecydowałam się na aktorstwo głównie dlatego, że jako dziecko byłam bardzo nieśmiała. Występy publiczne były najlepszą metodą, by zyskać pewność siebie i nawiązać kontakty z ludźmi.

Pracowałaś już z Charliem Kaufmanem przy okazji "Synekdochy, Nowego Jorku". Co sprawiło, że teraz postanowiłaś zagrać u niego raz jeszcze?
Nie znam innego filmowca o równie bogatej wyobraźni. Gdy zastanawiasz się nad fabułami wymyślanymi przez Charliego, możesz pomyśleć, że są po prostu niedorzeczne. Potem okazuje się jednak, że kierują się wewnętrzną logiką, a – pomimo całej swojej oryginalności – opowiadają jednak historie uniwersalne i wzbudzające u widza spore zaangażowanie emocjonalne. Przy tym wszystkim Charlie bywa także bardzo przewrotny. Doskonale widać to w "Anomalisie". Można by pomyśleć, że konwencja filmu animowanego skłoni go do stworzenia jeszcze bardziej rozbuchanej i surrealistycznej wizji niż zwykle. Tymczasem postawił na prostotę. Scenariusz "Anomalisy" jest najlepszym, jaki napisał w swojej karierze.

A jak pracuje się z Charliem na planie?
Jego reżyserski styl jest bardzo minimalistyczny. Charlie nie daje wielu wskazówek, nie próbuje znacząco wpływać na aktorów. Podejrzewam, że jeśli już decyduje się zatrudnić właśnie ciebie, to pozwala po prostu robić swoje. Okazane w ten sposób zaufanie dawało mi komfort psychiczny, ale było też bardzo motywujące.

Rola w animowanej "Anomalisie" wygląda na bardzo nietypowe wyzwanie. Swoją postać musiałaś zbudować wyłącznie za pomocą głosu.
Na pewno w takiej sytuacji między tobą a postacią tworzy się ogromny dystans. Świat "Anomalisy" z założenia jest jednak wyprany z emocji, więc ten chłód był jak najbardziej na miejscu. Okazanie go przyszło mi tym łatwiej, że nie mam absolutnie nic wspólnego z moją bohaterką. Lisa reprezentuje sobą chorobliwą powściągliwość i brak pewności siebie, a więc wszystkie te cechy, których swego czasu pozbyłam się dzięki aktorstwu.

Szczególnie duże wrażenie na widzach "Anomalisy" robi melancholijna sekwencja seksu. Jak wspominasz jej realizację?
To z pewnością najbardziej intymna scena erotyczna, w której kiedykolwiek zagrałam. Wraz z Davidem Thewlisem, który podkładał głos pod postać mojego partnera, siedzieliśmy w studiu daleko od siebie i nie odczuwaliśmy – typowej w takich przypadkach – fizycznej bliskości. Dla nas obojga było to zaskakujące doświadczenie, więc byliśmy nieśmiali, zdezorientowani i trochę zawstydzeni. W efekcie odczuwaliśmy te same emocje, co nasi bohaterowie, gdy idą do łóżka po zaledwie kilku godzinach znajomości.

Na polskich ekranach oglądamy od tygodnia także inny film z twoim udziałem – "Nienawistną ósemkę". Jak doszło do twojej współpracy z Quentinem Tarantino?
Najzwyczajniej w świecie poszłam na casting. Cieszyłabym się z tego spotkania, nawet gdybym ostatecznie nie została wybrana. Quentin ma w sobie autentyczną moc zarażania entuzjazmem i świeżością. Gdy wyszłam z przesłuchania, poczułam się, jakbym znowu miała 25 lat. W związku z tym, że ostatecznie doszło do współpracy, mogłam pielęgnować w sobie tę energię jeszcze przez kilka dodatkowych miesięcy.

Zwykle wcielasz się w kruche neurotyczki. Czy pomysł zagrania charyzmatycznej Daisy wziął się ze zmęczenia tego rodzaju rolami?
Nie. Dawniej odrzuciłam sporo ról tylko dlatego, że uznałam je za zbyt podobne do wcześniejszych. Później okazywało się, że traciłam przez to okazję gry w bardzo dobrych filmach. Gdybym nadal myślała w ten sposób, być może nie zdecydowałabym się zagrać w "Anomalisie". Na szczęście od pewnego czasu staram się nie podejmować decyzji wyłącznie na podstawie lektury scenariusza. To w końcu tylko pretekstowy szkic, który zdolnemu twórcy może posłużyć do wykreowania wizji, jakiej nie jestem w stanie sobie wyobrazić z perspektywy aktorki. Najważniejszą rolę przy przyjmowaniu kolejnych propozycji odgrywają dla mnie nazwiska reżyserów. Mam wielki szacunek do ich pracy także dlatego, że sama w 2001 roku nakręciłam film pod tytułem "Party na słodko", który uzyskał certyfikat Dogmy. Przyznam, że po ostatnich spotkaniach z Tarantino i Kaufmanem zaczynam znowu tęsknić za reżyserskim krzesłem.

Czy można powiedzieć, że spotkanie z tymi twórcami przyniosło przełom w twojej karierze?
I to w momencie, którego najmniej się spodziewałam! Mam w końcu 53 lata, a więc – wedle branżowych standardów – powinnam powoli szykować się do emerytury. A tymczasem dostałam pierwszą w życiu nominację do Oscara. To się nazywa być szczęściarą.