W "Zbaw nas ode złego" grasz księdza. Opowiedz trochę o tej postaci.
Édgar Ramírez: Mój bohater nazywa się Joseph Mendoza. To postać inspirowana kilkoma księżmi, którzy pomagali Ralphowi Sarchiemu, kiedy pracował jako policjant i ktoś w rodzaju specjalisty od egzorcyzmów, próbujący zgłębić to zagadnienie. Joseph to ksiądz, który ma szczególne spojrzenie na świat i bardzo trudną przeszłość. Jest jezuitą, bardzo oddanym Kościołowi i wierze, pomaga innym, jest pełen współczucia, ale jako jezuita ma też liberalne poglądy. Z jednej strony jest lojalny wobec doktryny i papieża, z drugiej – zaangażowany społecznie i ma filozoficzny krytycyzm wobec systemu. Jest bohaterem pełnym sprzeczności. To dlatego tak bardzo mnie zafascynował.
Gdybym miał go określić jednym słowem, byłoby nim "miłosierdzie". Ma w sobie wiele współczucia wobec innych i to jest widoczne w jego działaniach. Doskonale wie, czym jest ból, czym są prześladowania. Zdaje sobie sprawę, jakim koszmarem jest uzależnienie od jakiejś substancji, bo ludzie, którym pomaga, to zakładnicy diabła. Dla mnie jako aktora budowanie postaci z tak różnych elementów jest ogromnie interesujące. Niektórzy porównują uzależnienie do opętania przez szatana albo inne nieznane siły. Wtedy traci się nad życiem kontrolę, jakby zawładnęła nami jakaś wyższa i mroczniejsza moc.

Przygotowując się do roli, spotkałeś się z takimi księżmi?
Nie, byli nieuchwytni.

A wierzysz w istnienie opętań?
Mam wobec tego szacunek. Nie powiedziałbym z niezachwianą pewnością, że opętania nie istnieją. Ale wierzę też, że jeśli istnieją ciemne moce, niezależnie, czy dopuszczamy je do siebie, czy nie, istnieją też fantastyczne, dobre siły. Jestem katolikiem, więc wychowałem się na podobnych historiach. Jeśli się nie mylę, w 1977 roku, kiedy przyszedłem na świat, miała miejsce premiera "Egzorcysty" (premiera w rzeczywistości odbyła się w 1973 r. – red.). Kiedy miałem sześć lat, wciąż był to jeden z najbardziej przerażających filmów w historii kina. On jako pierwszy podjął publicznie temat opętań. Był też pierwszym horrorem, jaki widziałem. Wystarczyło, że zobaczyłem trzy czy cztery sceny, by wprawiły mnie w przerażenie na najbliższe parę lat. "Egzorcysta" zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, że nie mogłem spać po nocach.
35 lat później zaproponowano mi rolę w "Zbaw nas ode złego". Wcielenie się w rolę egzorcysty było dla mnie po części zmierzeniem się z lękami z dzieciństwa. Scott Derrickson, reżyser, to jeden z najmądrzejszych ludzi, jakich w życiu spotkałem. Wrażliwy, pełen zrozumienia, elegancki, potrafi pięknie widzieć świat i pięknie pokazać go kamerą. Dla niego w mojej postaci nie była najważniejsza walka z mrocznymi siłami, ale pragnienie spieszenia na ratunek tym, którzy czują, że popadli w ich władzę. Dużo rozmawialiśmy o tym ze Scottem. Jego żona pracuje z dziećmi chorymi na raka i mówił mi, że istnieją dwa typy lekarzy: tacy, którzy chcą pokonać chorobę, i tacy, którzy próbują uratować pacjentów.
Grany przeze mnie jezuita przypomina antyterrorystę, brygadzistę, któremu bardziej zależy na uwolnieniu zakładników niż zgładzeniu zbrodniarzy. To wydało mi się w nim ludzkie i poruszające.
Możemy też spojrzeć na całą historię jako na metaforę. Egzorcyzmy i opętania są metaforami odwiecznej walki dobra ze złem i tego, po której stronie się opowiadamy. Było dla mnie ciekawe przyglądać się postaci, która wierzy, że występując w imieniu jakiejś wyższej siły, w tym wypadku boskiej, może pomóc ludziom w ich walce. W pewnym sensie jest terapeutą. Ludzki wymiar tej historii bardzo mnie porusza.

Zaproponowano ci nakręcenie filmu w Nowym Jorku, ale musiałeś znaleźć się w najniebezpieczniejszych zakątkach Bronksu.
Cóż, pochodzę z Wenezueli (śmiech). Byłem w Rio, więc wycieczka do Bronksu to dla mnie jak spacerek po parku. Nawet w bezpiecznych miejscach Nowego Jorku mam się na baczności, chodzę po Upper East Side, oglądając się za siebie. Przyjechałem z Ameryki Południowej (śmiech). Jestem Latynosem, nie czułem więc strachu. Zresztą to już nie ten sam Bronx, który lata temu zyskał swoją złą reputację. Wyszlachetniał. Wciąż w każdej chwili może coś się tam wydarzyć, ale w Rio jest tak samo. Dla mnie było ciekawe zobaczyć koloryt i kulturę tego legendarnego miejsca. W filmie będzie wyglądało bardzo autentycznie.

Mendoza to człowiek wiary, Sarchie jest policjantem. Jak pracowało ci się z Erikiem Baną, z którym tworzyliście parę tak kontrastujących bohaterów?
Pierwszy z nich popełnił w życiu błędy, ale potrafi sobie wybaczyć. Mendoza współczuje innym, bo umie współczuć sobie. Można być reprezentantem Boga i wciąż czuć się winnym. Z perspektywy Mendozy, aby pomagać ludziom i czynić dobro, niezależnie, jakie grzechy ma się na sumieniu, trzeba chcieć się oczyścić i stać otwartym. A potem prosić o wybaczenie, zwłaszcza samego siebie, bo wyznanie win jest terapią. To konieczne, by dokonać zadośćuczynienia, a następnie się wyzwolić. Tak wygląda cały proces. Znajdujesz w sobie winę, nazywasz ją po imieniu, a potem starasz się zadośćuczynić ludziom, których skrzywdziłeś. W ten sposób możesz wygrać życie na nowo. Sarchie przechodzi podobny proces i obaj są sobie potrzebni.
Mendoza jest człowiekiem wiary, ale rozumie, dlaczego człowiek może ją utracić. Nie nawraca nikogo na siłę i to w jego postaci wydało mi się szczególnie interesujące. W pewnym momencie mówi, że wiara i nauka sprzedają to samo kłamstwo. Jedno i drugie pozwala człowiekowi wierzyć, że rozumie istotę świata, a prawda jest taka, że to, co o nim wie, to maleńka kropla w morzu.
Mendoza pomaga Sarchiemu, który każdego dnia styka się ze złem. Jest wielu ludzi jak on, którzy starają się odkupić swoje winy i stać się lepszymi. W nagłówkach gazet zwykle czytamy o tym, co złe, ale dlaczego tak rzadko zauważamy dobro? Jemu powinniśmy poświęcać równie dużo uwagi. Łatwo utracić wiarę, jeśli chcemy dostrzegać w świecie jedynie zło, ale jeśli będziemy patrzeć uważniej, dostrzeżemy więcej.
Wydaje mi się, że wiara ma dużo wspólnego z umiejętnością obserwacji. Trzeba być na tyle wrażliwym, by dostrzec dobro i piękno świata. Moja postać chce je pokazać Sarchiemu, który widzi wyłącznie zło i złych ludzi. Myślę, że Scottowi zależało na tym, by dowieść w filmie, iż ludzie, którzy mają dobre serca i nie chcą źle, potrafią robić złe rzeczy. Naprawdę złe. Co definiuje w nas dobro i zło? Jakie są ludzkie motywacje? Czy nasze złe uczynki czynią nas złymi ludźmi? Nie znamy odpowiedzi, ale w filmie staramy się jej szukać.

Czy na planie przytrafiło się wam coś zwariowanego lub nieprzewidzianego?
Było coś, co zdarzyło się na początku, nie wiem, czy zwariowane, ale z pewnością zabawne dla Scotta. Będąc w barze, udałem się do toalety i zorientowałem się, że maszyna wydająca automatycznie ręczniki papierowe jest zepsuta. Potem zaskoczyła, wydała mi całkiem sporo papieru i zapomniałem o całej sprawie. Stwierdziłem: "OK, nie ma problemu" i wytarłem ręce.
Parę godzin później znów wybrałem się do łazienki, słyszałem już, że maszyna jest zepsuta, a ktoś z produkcji odłożył dla nas na boku trochę papieru do wytarcia rąk. Sięgnąłem po niego i zauważyłem, że coś jest nie tak. Okazało się, że Scott zostawił dla mnie faks, który właśnie przyszedł, a ja wytarłem w niego ręce. Potem złamał mi się jeden z krzyży używanych do egzorcyzmów na planie. Był metalowy, włożyłem go do kieszeni, a kiedy wyjąłem, okazało się, że jest w dwóch kawałkach. Ale nie przeraziło mnie to.