„Film nigdy nie jest wolny od polityki. Już kompozycja kadru i wybór bohatera są politycznymi decyzjami” - mówi Bernardo Bertolucci w pokazywanym poza konkursem dokumencie „Great Directors” Angeli Ismailos. Jeszcze przed weneckim festiwalem dostaję mejla z informacją o konferencji poświęconej przemocy wobec kobiet we Włoszech. Na Lido wita mnie demonstracja studentów przeciw Silvio Berlusconiemu. Kiedy wychodzę z kina, policja spisuje dane mężczyzny, który w tle nadających na żywo reporterów wykrzykuje antyrządowe hasła. Do święta kina polityka przeniknęła na dobre.

Na głównej ulicy weneckiego Lido policja przeszukuje torby przechodniów. W Pałacu Festiwalowym trwa oficjalny pokaz dokumentu „South of the Border” Olivera Stone’a o Hugo Chavezie. Prezydent Wenezueli przyjechał na premierę i przyjmowany jest w Wenecji jak gwiazda pop. Kiedy spaceruje po czerwonym dywanie, tłumy szaleją, a nastolatki zza barierek wyciągają notesy z prośbą o autograf.

Tornatore otworzył festiwal w Wenecji >>>

Na głównej ulicy weneckiego Lido policja przeszukuje torby przechodniów. W Pałacu Festiwalowym trwa oficjalny pokaz dokumentu „South of the Border” Olivera Stone’a o Hugo Chavezie. Prezydent Wenezueli przyjechał na premierę i przyjmowany jest w Wenecji jak gwiazda pop. Kiedy spaceruje po czerwonym dywanie, tłumy szaleją, a nastolatki zza barierek wyciągają notesy z prośbą o autograf.

Pięć najgorętszych premier festiwalu filmowego w Wenecji >>>

Stone wystąpił przeciw amerykańskiej prasie. W filmie konfrontuje wizerunek Chaveza z mediów ze swoją wizją prezydenta Wenezueli. "Gazety przedstawiają nie Chaveza, lecz jego karykaturę" - twierdzi. Prezydent przyznaje, że kiedyś bardzo cierpiał z powodu nieprzyjaznych komentarzy amerykańskich dziennikarzy, ale nauczył się „czynić dobro”, nie zważając na „pomówienia”. Zaprzecza, jakoby był dyktatorem i brutalnie pacyfikował demonstracje swoich przeciwników. Mówi, że zrobił w kraju „rewolucję pokojową, ale uzbrojoną”. Trochę jak w starym kawale: „Czym różni się demokracja od demokracji ludowej? Tym, czym krzesło od krzesła elektrycznego”.

Skandal w Wenecji: Rumuni obrazili Alessandrę Mussollini. Wulgarna "Francesca" zdjęta >>>

Stone jest uważnym słuchaczem. Jedzie do domu, w którym prezydent się urodził. Na miejscu zbierają się ludzie, aby przywitać swojego politycznego przywódcę. Tłum wiwatuje, wznosi transparenty. Kobieta w ciąży prezentuje brzuch z napisem: „On też jest chavezistą”. A przywódca jeździ na rowerze, śmieje się, pozdrawia zwolenników.

Mistrzowie kina: Ludzi nie łączy już nic >>>

Kiedyś francuscy intelektualiści jeździli do Związku Radzieckiego i zwiedzali kraj szlakami wyznaczonymi przez władzę. Po powrocie opiewali krainę mlekiem i miodem płynącą. Dzisiaj Oliver Stone, tworząc panegiryk na cześć Chaveza, wspomina cudowne chwile spędzone z Fidelem Castro. Jedyne słowa krytyki padają z ust byłego prezydenta Argentyny i przyjaciela Chaveza, Nestora Kirchnera: „Mówiłem Hugo, że demokracja wymaga, aby w wyborach prezydenckich miał jakichkolwiek przeciwników”.


Film Stone’a zrodził się z niechęci reżysera do amerykańskiej ideologii narodowej i sloganów, które w tamtejszych telewizjach słyszy się codziennie. Tym samym tropem poszedł Michael Moore. Lubię dokumenty autora „Zabaw z bronią”. Sprawny reżyser potrafi z ironią i błyskotliwym poczuciem humoru wytykać Amerykanom ich wady narodowe. Jednak dawno żaden film nie zdenerwował mnie tak jak jego „Capitalism: A Love Story”.

Moore pragnie pokazać niesprawiedliwość wolnego rynku i ośmieszyć propagandę sukcesu. Portretuje ludzi wyrzuconych na bruk, pokazuje upadłe fabryki, opowiada o nieuczciwych metodach postępowania wielkich korporacji. "Kapitalizm uprawomocnia kradzież i korupcję" - mówi Moore. - "To system, który nie może się nie zdegenerować".

Film w większości składa się z opinii, które można usłyszeć w co drugiej polskiej knajpie: „Panie, ci bogaci to się nakradli, uczciwie to pan tyle nie zarobi”. Moore szafuje wyrwanymi z kontekstu danymi. Jak każdy autor teorii spiskowej stara się stworzyć pozory logicznego wywodu. Dzieli świat na biednych i oligarchów. Ale nie mogąc dostać się do wielkich graczy świata biznesu, wyśmiewa ochroniarzy strzegących ich siedzib. Idealizuje za to Kościół i cytuje Biblię. W gruncie rzeczy najmniej interesuje go człowiek.

Tymczasem Samuel Maoz w „Lebanon” pokazuje skutki polityki. Akcja świetnego „Lebanonu” rozgrywa się w całości we wnętrzu czołgu w pierwszych dniach wojny w Libanie. Młody Izraelczyk (alter ego autora obrazu) pierwszy raz bierze udział w prawdziwej misji. Obserwuje świat przez peryskop. Przed naciśnięciem spustu widzi twarz kierowcy samochodu-pułapki, zakładników wziętych przez syryjskich terrorystów, zwęglone ciała przypadkowych ofiar wpisanych w koszty wojny. Maoz przygląda się bohaterom z bliska. Pokazuje pełne strachu oczy, drżące dłonie. "Dopiero teraz, po latach, rozliczyłem się z własną biografią" - mówi reżyser. - "Miałem 20 lat, gdy zostałem wysłany do Libanu, by zabijać wrogów. Wróciłem do domu pusty, wyjałowiony".

Kino ma wielką siłę. W czasach gdy w telewizji króluje rozrywka, często staje się prawdziwym oknem na świat. „Lebanon” odkrywa wstrząsające prawdy o wojnie, o polityce, o konsekwencjach ideologii. Na tym polega odwaga artysty, a nie na robieniu sobie zdjęć z Chavezem. Widmo krąży nad wzgórzami Hollywood.