W trzykrotnie pojawia się obraz chłopca biegnącego ulicą. Każda z tych scen rozgrywa się w innych czasach. Bohaterów łączą marzenia i dziecięca wiara w świat. Różnią przeszkody, jakie napotkają w życiu. Dziadek przejdzie przez koszmar wojny i powojenną nędzę. Syn zazna okrucieństwa reżimu faszystowskiego. Wnuka czeka walka o byt w globalizującym się świecie. Tornatore wraca na ojczystą Sycylię, aby przez pryzmat losów jednej rodziny rozliczyć się z historią XX wieku.
"Pamiętam z dzieciństwa poczucie wspólnoty biednych ludzi" - mówił Tornatore. - "Żyłem w tym świecie 27 lat. I tęsknię za nim".
Tornatore otworzy festiwal w Wenecji >>>
To ważny film dla Włochów. Recenzent „Corriere della Serra” napisał, że . Obraz o budżecie 25 milionów euro zostanie tu wprowadzony na ekrany w 450 kopiach. Mnie, wychowanego w innej kulturze, „Baaria” pozostawiła obojętnym. Bardziej niż historyczny fresk porusza zdanie starego Włocha z dokumentu „Rehearsal for a Sicilian Tragedy” Romana Paska: „Oczy sycylijskiej matki piastującej dziecko są smutne. Bo ona myśli, jakie spotkają je nieszczęścia”.
to temat przewijający się przez weneckie filmy. Ale jeszcze częściej reżyserzy portretują . Sensację wywołała informacja, że zapowiadany przez organizatorów obraz niespodzianka to . Wcześniej reżyser pokazał już „Bad Lieutenant: Call of Port New Orleans” z Nicolasem Cage’em.
Herzogowska interpretacja „Złego porucznika” Abla Ferrary niewiele ma wspólnego z oryginałem. Głównie bohatera – skorumpowanego, zapitego gliniarza lubiącego przegrać fortunę w zakładach sportowych i wykorzystać dziewczynę w ciemnej uliczce. "Nie powstrzymaliśmy się przed brutalnymi scenami, by pokazać, że w każdym drzemie potwór" - tłumaczył reżyser.
A napis na początku „Tuż po huraganie »Katherina«” zakrawa na hochsztaplerkę. . To inspirowana faktami historia matkobójcy z San Diego. Próba wniknięcia w psychikę szaleńca, narcystycznego mordercy, który zatracił granicę między prawdą a fikcją. Herzog pokazuje nie tylko obsesję głównego bohatera i pułapkę sztuki, ale też obojętność otoczenia przymykającego oko na „dziwne zachowanie” chorego człowieka. I po trosze sam staje się takim szaleńcem. Stając za kamerą, upaja się tą historią, opowiada ją w przeestetyzowany sposób, popada w trudną do zniesienia artystyczną manierę. "Chciałem zrobić horror bez pił mechanicznych, strzałów i krwi" - twierdzi.
Ale prawdziwy horror jest gdzie indziej: w rewelacyjnych, choć skromniejszych filmach, których twórcy bardziej wnikliwie obserwują innych ludzi, nie koncentrując się na swojej roli artysty.
Zachwycający jest . To film przenikliwy i bezkompromisowy. Dowód, że w kinie można drwić w sposób mądry. Reżyser wrócił do „Szczęścia”, swojego obrazu sprzed 10 lat, i dopisał dalsze losy jego bohaterów. Ale po 11 września, wojnach w Afganistanie i w Iraku, świat się zmienił.
"Stany to kraj, w którym można żyć w domu jednorodzinnym, przyjaźnić z sąsiadami i nie dostrzec, że kilka przecznic dalej rozgrywa się tragedia" - mówił mi Solondz.
Podobnie jak w innych jego filmach pojawia się tu . Ale dzieci są równie dojrzałe jak dorośli. Albo równie infantylne. Kultura determinuje codzienność. Solondz pokazuje więźniów schematów myślowych i językowych. Ludzi goniących na siłę wizję szczęścia rodem z reklam i mówiących kwestiami z soap oper.
Pięć głośnych premier festiwalu w Wenecji >>>
Brak porozumienia jest także tematem . Tytułowe znęcanie się to ból człowieka odrzuconego, błagającego o miłość. Ale też koszmar tego, kto musi ją odrzucić. Finałowy obraz – ulicy, która pozostaje pusta po rozejściu się bohaterów w swoje strony, przypomina ostatnie ujęcie „Zaćmienia” Antonioniego. Włochy lat 60. i Francja XXI wieku przecinają się na pustym miejskim skrzyżowaniu, na którym mieli się spotkać kochankowie.
"Każdy kraj i każde miejsce jest dobre, by opowiedzieć o samotności" - powiedział mi reżyser. "Ona tkwi w nas".
I wreszcie wspaniałe . To opis kilku dni, jakie pielgrzymka spędza w miejscu kultu. Reżyserka przygląda się wszystkiemu z dystansem. Tworzy film chłodny i realistyczny. Odsłania codzienność pielgrzymki, obiady, zbiórki, kolejki do Madonny. Nie koncentruje się na Bogu, lecz na relacjach między ludźmi. Więcej mówi o tęsknocie za wiarą niż o samej wierze. Wśród sklepów z dewocjonaliami i plastikowych obrazków Matki Boskiej, mechanicznie odmawiając różaniec, każdy czeka na cud. Jednak zdarzy się on bez udziału chórów anielskich. Z wózka wstaje sparaliżowana dziewczyna, która na pielgrzymkę wyruszyła po raz pierwszy i nie modli się najgłośniej. W tym miejscu film przypomina „Bramy raju” Andrzejewskiego. Hausner śledzi uważnie reakcje innych chorych. Wcześniej pytali Boga: „Dlaczego to właśnie mnie spotkała tragedia?”. Teraz zastanawiają się: „Dlaczego to ona ozdrowiała?”.
Tornatore, Herzog, Solondz, Hausner i Chereau pochodzą z dwóch kontynentów i z pięciu różnych krajów. Ale wszyscy stworzyli portrety zagubionych bohaterów. . Międzynarodowe instytucje i upadające granice skazały ich na chroniczną bezdomność. Wszechobecna miałkość zaszczepiła pragnienie, by na siłę wybić się z tłumu. Dyskusje o technologii i ekonomii skaziły wiarę. Natłok zalewających informacji zrównał wszystko w popkulturowym tyglu. Nawet sztuka nie daje ukojenia.