Wybitny aktor i pedagog przyznaje, że nie jest to pierwsza poważna choroba w jego życiu - w młodości miał problemy z sercem. Wtedy, jak mówi, najgorszy był strach. Teraz zaś dominująca jest cierpliwość. "Na diagnozę czeka się dwa, trzy miesiące. <Może w listopadzie panu powiemy, co dalej...>. No i się czeka" - mówi aktor.

Jerzy Stuhr zapewnia, że jest pełen wiary w przyszłość. "Tak sobie myślę: nie może mi się stać nic dramatycznego. Tak jakby Pan Bóg mi pokazał: no weźże się za swój wiek, a nie wygłupiaj się. I nie pić trzeciej whisky, jak kretyn, bo po co? Takie mam nastawienie - tak musiało być" - Tłumaczy, mówiąc o swej chorobie. Przyznaje, że co trzy tygodnie musi poddawać się nieprzyjemnym i bolesnym zabiegom. "Teraz jestem w lepszej formie, bo akurat kończy się cykl" - dodaje.

Pytany, czy w takim schorzeniu można się dopatrzyć czego dobrego, odpowiada twierdząco. "Inny rodzaj skupienia. Zacząłem pisać znowu. I dużo czytam. Mam dużą bibliotekę, bo mój ojciec był bibliofilem, straszliwym maniakiem" - wyjaśnia. I dodaje, że w tym wyszukiwaniu pozytywnych cech w każdym wydarzeniu utwierdzają go lekarze. Choć, jak mówi, na początku byli nim skrępowali, niewiele z nim rozmawiali. Jak stwierdza, musiał postawić sprawę jasno,. "Powiedziałem: <Pani doktor, ja się wyłączam na pół roku ze wszystkich swoich prac, czy pani sobie zdaje sprawę, co to dla mnie znaczy?!" - wspomina.

Mówiąc o aktorstwie, stwierdził, że czuje już pewne zmęczenie. "Ten zawód w tej chwili o wiele więcej mnie kosztuje, niż daje satysfakcji. Więc pomału się wycofuję" - tłumaczył swą postawę. Zgodził się też, że trema aktora - którą jemu wciąż się zdarza przeżywać - może przypominać to, co czuje nowy papież, który ma dopiero wyjść na balkon Bazyliki św. Piotra, by pozdrowić wiernych. Tak, jak dzieje się w najnowszym filmie z udziałem Jerzego Stuhra "Habemus papam" - o papieżu, który nie chciał być papieżem.