Film "Szklane Usta" można zobaczyć w Teatro Junghans, zaś "KrewPoety" zainstalowano na Campo San Pantalon oraz na Giudecce. Jak donoszą włoskie media, na Campo San Pantalon gromadzą się tłumy, by zobaczyć znany już na całym świecie kunsztowny wideo-art polskiego artysty.

Przypomnijmy, że "KrewPoety" miała swoją premierę w nowojorskim Museum of Modern Art i odniosła tam wielki sukces. To fascynujące dzieło to efekt rejestracji z pomocą techniki wideo przesyconych poezją obrazów, które artysta, jak sam mówi, nosił w sobie przez lata. W rozmowie z DZIENNIKIEM jeden z najwybitniejszych polskich reżyserów i artystów video opowiada o źródłach swojej twórczości.

Miał Pan obawy, że "Szklane usta" nie spodobają się polskiej publiczności...

Moja niepewność w odniesieniu do "Szklanych ust" i "KrwiPoety" bierze się ze świadomości jaką trudność sprawia widzom odbiór dzieł nietypowych - zarówno w samym sposobie myślenia jak i realizacji. Mimo pozorów wyboru w sztuce ten wybór tak naprawdę nie istnieje. Pamiętam rozmowy z kolegami filmowcami sprzed lat, jak to będzie wspaniale, gdy na świecie telewizje będą miały wiele kanałów, bo choć na wielu poleci chłam, to z pewnością na innych znajdziemy arcydzieła Felliniego, Buñuela czy Antonioniego. I wkrótce zamieszkałem w Kalifornii, gdzie miałem dwieście kanałów i na każdym z nich albo ktoś komuś wykłuwał oczy, albo ktoś kogoś przepiłowywał na części itd. Ludzie odpowiedzialni za zawartość programów szybko odkryli, że zło i destrukcja mają działanie hipnotyzujące i człowiek zawsze będzie im się przyglądał. Fascynacja prymitywnym złem jest tak wielka, że wszystko inne z nim przegrywa. Dlatego nawet gdy pojawiły się bardziej ambitne stacje, które chciały pokazywać Buñuela, też zaczęły wyświetlać chłam, bo inaczej by nie przetrwały.

Cała pańska twórczość - literatura, poezja, film, sztuka wizualna - jest zdecydowanie niekomercyjna, a jednak znajduje licznych odbiorców.

Mam własne, bardzo osobiste odczucia i o nich opowiadam. Staram się sięgać głębiej w ludzką psychikę, często we własną, odkrywam rzeczy jasne i mroczne, zdumiewające wielością znaczeń. Wierzę głęboko w niewyrażalność świata - doznań, widzeń, obrazów, z jakich składa się człowiek. Dlatego rzadko proponuję odbiorcom przekaz dosłowny, w którym sugeruję coś wprost. Coraz większą niechęcią darzę też słowo. Słowo ogranicza nas przez swą linearność i przez nadużywanie. W "KrwiPoety" i "Szklanych ustach" nie używam słów, a przez to powiększam pole znaczeń. Wiem, że w moich poszukiwaniach idę pod prąd i nie pasuję do żadnej z szuflad. Najbliższe jest mi malarstwo oraz poezja, czyli operowanie skrótem, symbolem i metaforą. Tradycyjna narracja wymaga logiki przyczynowo-skutkowej, wiedzy, kto zabił i dlaczego, kto zdradził i z jakiego powodu. Słowem tropów, jakimi odbiorca ma podążać. Poezja rządzi się inną, paradoksalną logiką - tu zderza się ze sobą słowa, nieoczekiwane skojarzenia, przeczucia. I całkiem inna jest jej siła rażenia. Jak czytam Wojaczka, uczucie towarzyszące lekturze porównuję do strzału kuli - czuję rozszarpywanie od środka - słowa są tak energetycznie naładowane, że rozsadzają jak kule dum-dum.

Laurence Kardish, kurator pańskiej wystawy w Museum of Modern Art w Nowym Jorku, nazywa Pana czarodziejem ruchomych obrazów.

Kardish uważa, że sztuka, którą uprawiam, to rodzaj eksperymentu wizualnego wydobywającego z nas nieodkryte, "wkopane pod dywan" regiony… Tak więc nie mam powodu narzekać, bo ta moja niełatwa sztuka jest na świecie oglądana. I to nie tylko w elitarnych muzeach, ale, o dziwo, także w stacjach telewizyjnych. Najistotniejsze jednak jest to, że spotykam ludzi, którzy bardzo intensywnie odbierają to, co robię, i chętnie o tym mówią.

Nieustannie podróżuje pan po świecie. Mam wrażenie, że podróże bardzo silnie wpływają na pańską twórczość.

Podróże w odległe zakątki świata związane są zwykle z moimi pracami. Choćby Buenos Aires, do którego trafiłem, kiedy na festiwalu w Mar del Plata pokazywany był mój film "Pokój Saren". Zobaczył go kurator Muzeum Sztuk Pięknych w Buenos Aires i zainstalował w jednej z sal. Byłem zdumiony, gdy odkryłem, ilu ludzi w Argentynie obejrzało moją pracę. Być może dlatego, że Argentyńczycy mają w sobie ów magiczny realizm, który znamy z powieści Cortazara, Borgesa, Sabato… Buenos Aires to niezwykłe miejsce, takie, o którym mówi się, że "ma klimat". Nie dziwię się Gombrowiczowi, że właśnie tam zamieszkał.

Mówi Pan o sobie, że jest przede wszystkim malarzem i poetą. Reżyseria filmowa to dalszy plan.

To prawda, te dwie kompletnie odmienne gałęzie sztuki są mi najbliższe. Najbardziej je przeżywam. Także w moich filmach. W "KrwiPoety" wykorzystałem obie te dziedziny twórczości. Może dlatego to dzieło jest dla mnie tak ważne.

Chyba także najbardziej autobiograficzne.

Wszystko, co robię, jest mniej lub bardziej autobiograficzne. Toczę wewnętrzną walkę pomiędzy tym, co we mnie nabyte, a tym, co wyłącznie moje, nieprzyswojone. Uważam, że każde indywidualne przeżycie ma swoją moc.

Pomieszkuje Pan w Wenecji, Nowym Jorku, także w Polsce. Czuje się pan obywatelem świata?

W każdym miejscu, nawet w Polsce, mam poczucie obcości. Wyjątkiem są Katowice, bo tu jest mieszkanie, w którym się urodziłem. Wracam tu, bo to także dom mojej matki. To jedyna przestrzeń na Ziemi, którą udało mi się oswoić. Ale wracam bardziej do krainy, którą pamiętam z młodości, niż do rodzinnego kraju...Wracam Wojaczkiem, Angelusem... Te powroty są w mojej pamięci. One są dla mnie najważniejsze. Miejsca, do których przyjeżdżam z daleka, za każdym razem muszę od początku oswajać, nadawać im osobisty charakter... Chociaż wie pani - nowe miejsca często robią nam prezenty... Z fizyki i matematyki miałem w szkole dwóje, a w Yale, gdzie wykładałem analizę filmu, ktoś zaciągnął mnie na wykład z matematyki, który okazał się tak piękną poezją o Bogu i nieskończoności, że odebrało mi mowę. Śmieszy mnie, że ludzie za dowód istnienia cudu uważają widok płaczącej figurki, podczas gdy sam fakt, że mogą ją widzieć, jest cudem nieporównywalnie większym.

Skoro świat jest taki cudowny, to dlaczego bohaterami pana filmów są outsiderzy, którzy nie potrafią się w nim odnaleźć - Basquiat, Wojaczek?

Opowieść o Basquiacie powstała za sprawą fascynacji Wojaczkiem, bo ich życiorysy są zbieżne, mimo wielu różnic - geograficznych, czasowych, obyczajowych. Ale przecież nakręciłem też "Ogród rozkoszy ziemskich" - film o kobiecie zafascynowanej Boschem, przewodniczce w drodze do ogrodu rozkoszy ziemskich. Claudia jest inną bohaterką niż Basquiat i Wojaczek, do jej świata śmierć nie ma przecież prawa wstępu. Z kolei "Angelus" opowiada o janowskiej grupie okultystycznej skupionej wokół malarza Teofila Ociepki. Ale ci tak różni bohaterowie mają jedną cechę wspólna: żyją dla sztuki, za jej sprawą dostępują ocalenia. Ze mną jest podobnie.

Wiem, że nie lubi Pan pytań o przyszłe projekty…

W moim przypadku nie istnieje coś takiego jak "nowy projekt". To musi najpierw wydarzyć się w nas, musi dojrzeć, byśmy mogli o tym opowiadać. Jak opowiadać o tym, co dopiero nabiera kształtów, ewoluuje? Często mówię, że to jakby krzyczeć na roślinę, by szybciej rosła. Ona musi spokojnie rosnąć, aż nadejdzie jej czas.