Dziesięć lat temu na zakończenie filmu dokumentalnego "Czy Pan to tak naprawdę, czy udaje?" powiedział pan, cytując Aleksandra Bardiniego, że teraz zacznie się pan przygotowywać do starości. Ale chyba nie na to poświęcił pan tę dekadę?

Jakoś się jeszcze nie złożyło... W roku 1997 byłem tuż po nakręceniu "Historii miłosnych", czyli przed trzema dużymi filmami ("Tydzień z życia mężczyzny", "Duże zwierzę", "Pogoda na jutro"). A każdy z nich to nowy etap życia. One otworzyły mi zupełnie nowe kręgi zainteresowań i odbiorców. Nigdy bym się na przykład nie spodziewał, że "Duże zwierzę" znajdzie się w wypożyczalniach w Stanach Zjednoczonych. To są dla mnie kroki milowe. No i spektakle teatralne - "Wielebni" w wersji włoskiej i polskiej, "Ryszard III". Poza tym wróciłem do PWST.

Wojciech Ruszkowski powiedział, że "to nie jest zawód dla starszych kulturalnych panów". Ale pana to chyba nie dotyczy, nigdy nie będzie pan "starszym", tylko "kulturalnym panem"...

Może tak. Dopóki nie spojrzę w lustro, ciągle jestem bardzo młody. Często powtarzam - może to głupie przeświadczenie, ale hoduję je w sobie - że coś jeszcze przede mną jest.

A więc o starości nie może być mowy...

Co innego aktywność, co innego myślenie o wieku dojrzałym. Mogę być bardzo aktywny, natomiast mój sposób patrzenia na świat już jest adekwatny do wieku. W filmie, który przygotowuję, chcę opowiedzieć o młodych ludziach i myślę, że mam do tego prawo. Spędziłem z nimi tyle lat, mam dzieci w tym wieku, więc dysponuję sporym zasobem obserwacji. Już nie wydzieram treści ze swojego wnętrza, czerpię z tego, co widzę dookoła i nad czym się zastanawiam.

Kiedyś mówił pan, że w aktorstwie trzeba się spalać, dawać z siebie wszystko. Taki wysiłek chyba sporo kosztuje?

Ta forma mojej działalności powoli przechodzi w cień. Jeszcze ogromny wysiłek włożyłem w "Ryszarda III". Mogę się podpisać pod tym przedstawieniem, jeżeli chodzi o jego energię. Rodzaj mojego aktorstwa wymaga bardzo dużej sprawności psychofizycznej. "Kontrabasistę" - bardzo eksploatujący mnie spektakl - gram rzadko, tylko przy specjalnych okazjach.

Swoją książką "Udawać naprawdę" niejako odpowiedział pan na pytanie zawarte w tytule mojego filmu "Czy Pan to tak naprawdę, czy udaje?". Czy to pańska definicja aktorstwa?

Tak. Stworzyć z fikcji taką rzeczywistość, aby widz w to uwierzył. Z nierzeczywistego zrobić rzeczywiste. Zawsze się tak przepoczwarzałem, na tym polega istota aktorstwa. Dlatego bolą mnie krytyki, że się powtarzam. Grzegorzewski kiedyś powiedział: "Jak wychodzi Yehudi Menuhin, to pan się będzie spodziewał, że on zagra na fortepianie?”.

Czy podejmując nowe wyzwanie, rzuca pan na szalę wszystko, co było do tej pory?

Czasami wszystko burzę, a jako aktor robiłem to bardzo często. Burzyłem wizerunek, który wrył się w pamięć ludzką i robiłem to z lubością. Ciągle gdzieś drzemie we mnie takie pytanie: czy czegoś nie zmarnowałem, uprawiając tyle dziedzin? A może - gdybym się bardzo skupił - dorównałbym Łomnickiemu? Ale wtedy musiałbym zrobić tylko jedno, zatracić się. Nie miałem na tyle cierpliwości i uporu. I chyba nie żałuję.

Czy "Korowód", film, do którego zaczyna pan wkrótce zdjęcia, to nawiązanie do pańskiej przeszłości? Był pan wielokrotnie przesłuchiwany w czasach studenckich, nie wiadomo, co z tych rozmów znalazło się w pańskiej teczce...

Dopiero teraz to wróciło, wcześniej o tym nie pamiętałem. Należę do tej części społeczeństwa, które chce zapomnieć. Nie pamiętam, ile razy mnie przesłuchiwano i w życiu nie zapamiętałbym twarzy. Teraz sobie zaczynam kojarzyć, że chodzili za mną tacy satelici - dziennikarze. Zawsze po powrocie z zagranicy towarzyszył mi jakiś miły, sympatyczny człowiek i robił wywiad do jakiegoś pisemka. Był moim wielkim fanem, chodził na premiery i spotkania... Ale ja mam raczej ostrożną naturę, nigdy bym nie powiedział tego, czego nie chcę. Kontroluję się idealnie. Owszem, udzieliłem mu wywiadu, o tym, gdzie graliśmy itd. I nie pamiętałbym gościa, gdyby nie to, że pewnego dnia nagle zniknął. To nie mógł być przypadek. Może go gdzieś przenieśli, nie wiem, mogę tylko spekulować. Ale to mnie zastanawia. Takich rzeczy było więcej.

Czy ten film ma być pewnego rodzaju ostrzeżeniem?

Nie, to dla mnie optymistyczny film, o młodych ludziach, którzy niczego z tego nie rozumieją. Miałem taką rozmowę z jednym z koproducentów, który zapytał: "W pana filmie młoda osoba nie odróżnia UB od SB. To ona się historii nie uczy?". Odpowiedziałem, że w PWST 90 procent dziewcząt nawet nie wie, co znaczy ten skrót. Więc ja chcę pokazać prawdę. A on zapytał, czy warto o takich ludziach robić film. Tak, chcę o takich ludziach opowiedzieć. Ale muszą też wystąpić ci, którzy przeżyli te sytuacje, dla których to jest niezwykle traumatyczne przeżycie. I tylko pod tym względem mnie to interesuje. Na ile można zniszczyć życie człowieka. Nieodwracalnie. Boję się trochę o ten scenariusz. Żeby nie był opacznie zrozumiany. Bo u mnie ofiara nie wygrywa, a kat sam sobie zadał straszny cios - uciekł od rodziny, od wszystkiego, chciał, aby o nim zapomniano. To są pola moich penetracji. Jaki jest koszt? Nie interesuje mnie Małgorzata Niezabitowska, gdy pokazuje palce w geście zwycięstwa, tylko ten straszny rok jej życia - anatema, zamknięcie w domu, wątpliwości, kto się ukłoni, a kto nie.

W obsadzie nie ma - poza panem i pana synem - słynnych aktorów. To celowe działanie?

Wahałem się, nawet wracałem do znanych nazwisk. Muszę już podjąć decyzję, ale wciąż chciałbym, by główne role zagrali studenci Szkoły. Oni są naprawdę fajni, a to byłaby dla nich fantastyczna promocja.

Ostatnio rzadziej gra pan w filmach innych reżyserów. Dlaczego?

Granie w filmie jest męczące, to taka nuda. Ja już się nagrałem. Poza tym nie mam specjalnych propozycji, zwłaszcza w Polsce, bo z zagranicy przychodzą dość ciekawe. Widocznie w Europie zaczyna brakować aktorów w moim wieku jeszcze sprawnych zawodowo, a wyglądających na swój wiek. W Polsce - albo ja nie chcę, albo zagram u młodego reżysera Przemysława Wojcieszka w filmie "Doskonałe popołudnie", którego nikt nie ogląda. Nie ma nawet premiery, choć dostał jakieś nagrody w Gdyni. To jakiś absurd. Ale czasem jednak grywam. Pan Zanussi mnie poprosił, zagrałem i dostałem Orła za rolę w "Persona non grata". Nie zarzekam się.

A zagrałby pan jakiegoś współczesnego Lutka Danielaka, bohatera "Wodzireja"?

Kogoś, kto manipuluje, mataczy... Duży manipulator z pozorami wdzięku. O tak, gdyby taka rola się pojawiła, zagrałbym.

Chyba daleko pozostawił pan za sobą postaci z filmów Kieślowskiego...

Bardzo daleko. Kieślowski do mnie wraca, konstruuję postaci i dialogi, których się nauczyłem od niego. Te rzeczy tkwią gdzieś głęboko we mnie. Ale ja chcę widzieć świat optymistycznie, dać komuś nadzieję. I jeszcze jedno mnie teraz interesuje - mieszanie gatunków. W nowym filmie też chcę się tym pobawić. Od thrillera, poprzez film psychologiczny, do komedii romantycznej. Korci mnie to.

Obawiał się pan kiedyś, jak widzowie przyjmą do wiadomości fakt, że zaczyna pan realizować filmy o uczuciach. Obawy okazały się nieuzasadnione?

To chyba było zwycięstwo. Ludzie chcą oglądać filmy o uczuciach, porównywać, czy ich myślenie w tym obszarze jest podobne do myślenia kogoś innego. Często widzę, że widz wcale nie szuka rozwiązania, on chce się porównać. A gdy zobaczy na ekranie ten sam dylemat, już jest mu lepiej. Pamiętam projekcję "Tygodnia z życia mężczyzny" na festiwalu w Sao Paulo. W pewnym momencie jakiś mężczyzna zaczął tak głośno płakać, że go wyprowadzono. Miałem wtedy bardzo mieszane uczucia: czy wolno mi tak manipulować ludzką wrażliwością, by ktoś zareagował w ten sposób? A on tam pewnie zobaczył kawałek własnej słabości. Pokazywać uczucia trzeba, ale to jest bardzo trudne, bo tyle już o nich powiedziano. Ludzie się wstydzą, ale z drugiej strony chcą oglądać takie filmy.

Jak pan ocenia sytuację we współczesnym kinie?
Myślę, że przełom przypadł na koniec wieku, wtedy powstawały filmy malujące świat w czarnych barwach, tak jak "Intymność". A teraz pomału kino zaczyna zmierzać w jaśniejszą stronę. Powraca moralny niepokój - choćby w filmie "Między słowami" Sofii Coppoli. To jeden z najpiękniejszych obrazów, jakie widziałem.

A teatr? Pana pokolenie kształtowało się w oparciu o tradycję, mit Starego Teatru, jak jest dzisiaj?

Tak, estetyka się zmienia, teatr poszedł w kierunku obnażenia własnej intymności. Mówię o przedsięwzięciach, które mnie fascynują - Warlikowskiego, Lupy. Sam bym nigdy takich nie zrobił, ale potrafię to ocenić. Teatr zwrócił się do zupełnie innej widowni. My mieliśmy w sobie poczucie misji, w teatrze chcieliśmy przedstawiać bardziej racje niż stany psychiczne. To były wielkie emocje. Nie grzebaliśmy w sobie. Nie uważaliśmy, że nasza seksualność może być tworzywem teatralnym. Wrażliwość widza też się dzisiaj zmienia, moje pokolenie jest tym, które w twórczości szuka przyczyny i skutku. A dzisiaj jest inaczej. Widzę, jak reaguje młodzież. Ogląda jakąś bardzo brutalną scenę i zaraz po niej scenę wesołą. I fantastycznie przerzuca się z klimatu w klimat, nie szuka przyczyny, bo tak jest nauczona. Ja po takiej scenie musiałbym ochłonąć. A w Szkole czasem im mówię: Proszę państwa, uczę was teatru, którego może już nie ma.

Wierzy pan w powrót wielkiego, żywego teatru?

On nigdy nie zginie, natomiast nie ma już w sobie misji, którą miał kiedyś. Stał się rzeczywiście sztuką dla wybranych. Albo dla młodzieży. Jednak jestem optymistą. Teatr powróci.

Najważniejsze momenty i ludzie w pana życiu?

Najpierw Teatr STU - odwaga, rzucanie się z 10 metrów do głębokiej wody. Stary Teatr i Konrad Swinarski. Krzysztof Kieślowski. Zawał. Reżyseria pierwszego filmu. Zagranica.

Przedstawienia i filmy?
"Hamlet" Andrzeja Wajdy - strasznie się z tą rolą borykałem. "Emigranci" - rola, która podsumowuje aktualne umiejętności aktora. "Zbrodnia i kara", "Kontrabasista" i pewnie "Ryszard III". Jeśli chodzi o filmy, to "Spokój" i "Amator" Kieślowskiego, "Wodzirej" Falka, "Seksmisja" Machulskiego.