"Była sobie dziewczyna" - zaskakująco dobry film
Na polskie ekrany trafia "Była sobie dziewczyna". Film zasłużył na Oscara przynajmniej za scenariusz Nicka Hornby'ego, niemniej to reżyseria jest jego najmocniejszym punktem. Zapraszamy do przeczytania recenzji filmu oraz rozmowy z duńską reżyser Lone Scherfig.
- "Sherlock Holmes 2" już w tym roku?
- Świetny polski horror! Zobacz zwiastun
- Polka nominowana do norweskiej nagrody
- Ozzy Osbourne chce filmu o sobie
- Sacha Baron Cohen facetem w czerni?
- Powstał film o dzieciach wywiezionych z Kresów
- "Agora" - antychrześcijańska krucjata?
- Gibson: Film o wikingach będzie moim ostatnim
- Dziewczyna na rozdrożu
- Wierność w stereo, czyli jak być dobrym
Pogoda
POLSKA
Czwartek 2012-02-16

temp. min -14°C max. 2°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
RECENZJA
Duńska reżyserka oparła się pokusie baśniowej romansowości i postawiła na psychologiczny realizm. Całkiem słusznie.
Wszytko to, co napisze Nick Hornby, natychmiast staje się bestsellerem rozchwytywanym przez wiecznych chłopców i niedojrzałe dziewczynki. Dotychczas po jego powieści – "Wierność w stereo", "Był sobie chłopiec", "Futbolową gorączkę" – zgłaszali się filmowi producenci. Tym razem Hornby przerobił na scenariusz wspomnieniowy esej dziennikarki Lynn Barber, a film wyprodukowała jego żona Amanda Posey. Reżyserię powierzyła Lone Scherfig.
Ponadczasowy podlotek
Wybór okazał się trafny, bo stara jak świat historia kopciuszka, który na chwilę wyrwał się w lepszy świat, sama w sobie szczególnie oryginalna nie jest. Cały swój urok, magię, osobność zawdzięcza sposobowi, w jaki została opowiedziana. Scherfig wyspecjalizowała się w słodko-gorzkim tonie, w rozbrajaniu dramatów uśmiechem, w oswajaniu tragedii zmysłową urodą życia.
W "Była sobie dziewczyna" ta poetyka łączenia przeciwieństw też się przebija, choć to film jednak nieco inny. Mniej w nim ekscentryczności, cudownych dziwactw, więcej za to skupienia na logice opowieści, nastroju, portretach bohaterów wznoszących się ponad powierzchowną typowość. Ze wspomnień Barber udało się zrobić coś więcej niż obyczajową przypowiastkę, wydobyć z epizodu miłosnego uwiedzenia podlotka coś na kształt staromodnej ballady opierającej się stereotypowej kliszowości, czarującej ciepłem, zniuansowaną subtelnością i doprawionej szczyptą złośliwie absurdalnego angielskiego humoru.
Przenosimy się do Londynu początku lat 60. i taktownie wkraczamy w życie 16-letniej Jenny. Dobrze ułożona panienka przygotowuje się właśnie do studiów w Oksfordzie, zafascynowana wszystkim, co francuskie, słucha godzinami Piaf, Aznavoura, Greco, uwielbia malarstwo prerafaelitów, a w szkolnej orkiestrze gra na wiolonczeli. I właśnie na wiolonczelę podrywa ją pewnego deszczowego dnia sporo od niej starszy David. Z niewymuszonym wdziękiem, klasą, dowcipem odkrywa przed nią inny świat niż ten, który znała dotąd. Blichtr wytwornych restauracji, czar jazzowych klubów, snobistycznych aukcji, wypadów do Paryża zastępuje w jej wyobraźni ciasny światek przeciętnej angielskiej rodziny z horyzontami klasy średniej.
Scherfig oparła się pokusie baśniowej romansowości, a postawiła na realizm psychologicznego portretu dziewczyny dostrzegającej, że studia w Oksfordzie nic w jej życiu naprawdę nie zmienią, co najwyżej skażą na karierę zgorzkniałej nauczycielki. Znakomicie rozpisuje Scherfig ów moment, gdy wszystko jest jeszcze możliwe na obraz dojrzewania młodzieńczego, feminizującego buntu, fatalnego zauroczenia obietnicą lepszej przyszłości, która choć okazuje się w końcu ułudą, nadal roztacza aurę kuszącej alternatywy dla szarego nudnego życia bez przyszłości. Na inne w Anglii początku lat 60. – skrajnie zaściankowej, purytańskiej, archaicznej – nie ma jeszcze miejsca.
"Wakacje" ze "Śniadaniem"
Udało się Scherfig pożenić klimat klasycznego komediowego romansu w stylu "Rzymskich wakacji" z dekadencką aurą "Śniadania u Tiffany’ego" i społecznym realizmem "Very Drake". I to największa siła tego niedzisiejszego filmu, wystylizowanego na retro w każdym detalu. W podrabianiu przez Stellana Skarsgarda maniery Clarka Gable’a, w delikatnej dezynwolturze gry Carey Muligan, w tyradach Alfreda Moliny – archetypicznego księgowego ze skeczów Monty Pythona, w wyglądzie ulic, strojów, samochodów, dusznej atmosferze szkoły. Diabeł tkwi właśnie w tych wszystkich szczegółach, z których tkana jest ta opowieść – niby lekka, ale eksponująca cienie, niby tylko urocza, ale też poważna zarazem, niby nieważka, a jednak obciążona przygniatającym do ziemi ciężarem życia.
"Była sobie dziewczyna"
reż. Lone Scherfig
Wielka Brytania 2009
Przeczytaj rozmowę z reżyser filmu na kolejnej stronie >>>


























































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!