"Daybreakers. Świt" (aka "Daybreakers")
Australia/USA 2009; reżyseria: Michael Spierig, Peter Spierig; obsada: Ethan Hawke, Willem Dafoe, Sam Neill, Claudia Karvan, Michael Dorman; dystrybucja: Kino Świat; czas: 98 min; premiera: 8 stycznia; Ocena 2/6



Tajemnicza epidemia rozniesiona przez nietoperze (jakżeby inaczej!) przemieniła większość ludzi w wampiry. Miliony nieumarłych opanowały miasta, dostosowując je do swoich nowych potrzeb: przed światłem słonecznym chronią ich specjalne osłony w domach i samochodach, a każdy bar serwuje smakowitą kawę z kropelką krwi. Jest tylko jeden maleńki problem: zdziesiątkowana ludzkość, traktowana jak źródło pożywienia, przestała wystarczać. Wampirza populacja staje więc przed groźbą głodu i niepokojów społecznych, bo zdesperowani krwiopijcy gotowi są zabijać własnych pobratymców.

Trwają więc rozpaczliwe prace nad wynalezieniem sztucznej krwi - temu zadaniu poświęca się pełen idealistycznej wiary w pokojową koegzystencję ludzi i wampirów hematolog Ed (Ethan Hawke). Jego cyniczny szef Charles Bromley (Sam Neill), prawdziwy kapitalistyczny krwiopijca (kapitalny pomysł) póki co hoduje ludzkie baterie, z których wysącza hemoglobinkę, ale bardzo liczy na rynkowy potencjał substytutu, dlatego wspiera badania. Jednak na drodze Eda staje prawdziwy bojownik o lepszą przyszłość dla wszystkich, niejaki Elvis (Willem Dafoe). W walce o (nomen omen) jutrzenkę swobody ludzie i wampiry muszą sobie zaufać...

Brzmi jak powtórka z rozrywki? Owszem, film bliźniaczych braci Michaela i Petera Spierigów wykorzystuje fabularne wzorce znane z takich klasyków katastroficznego SF, jak „Jestem Legendą”, „Inwazja porywaczy ciał” czy nawet „Matrix”.


Epidemia dziwnej choroby, garstka ocalonych ukrywających się przed zakażonymi drapieżnikami, poszukiwanie leku na całe zło – trzeba przyznać, że wampiry idealnie wpisują się ten narracyjny schemat. Zresztą uroda wampirów polega na tym, że pasują właściwie do każdej opowieści – w końcu doczekaliśmy się nawet wampirycznej wersji Romea i Julii, znanej obecnie jako „Zmierzch”. Kino kocha nieumarłych, ale chyba właśnie dotarliśmy do końca drogi. Po ekranizacji „Kronik wampirów” Anne Rice po Buffy, Bladzie, serii Underword i serialu „Czysta krew” naprawdę nie zostało już wiele wolnych pomysłów.

Nie wystarczy wystylizować wąpierzy na gwiazdy kina lat 40., by wnieść coś nowego do tej nieśmiertelnej historii. „Daybreakers”, mimo znakomitej obsady, która robi co może, by uwiarygodnić postawy bohaterów, mimo spektakularnych zdjęć i pewnej dozy elegancji, z jaką został nakręcony, nieuchronnie popada w groteskę i autoparodię.

Śmieszy zwłaszcza zupełnie niepotrzebny patos, z jakim twórcy potraktowali swoje na wskroś popkulturowe dzieło. Jeśli chcieli nakręcić głęboki film o nieskończonym dramacie egzystencji, nie potrzebowali do tego wampirów. Tryskające krwią umarlaki nie poruszą serc widzów. Nawet jeśli puścić im to w zwolnionym tempie.