Najpierw był krótkometrażowy film, który w 2015 roku zawojował takie imprezy, jak Los Angeles Horror Competition, czy festiwal kina fantastycznego w Torremolinos (Grand Prix Jury). Norweski reżyser Lars Klevberg zwrócił wówczas na siebie uwagę twórców amerykańskich wersji horrorów „The Ring” oraz „The Grudge – Klątwa”, które na trwałe zapisały się w historii gatunku. Producent Roy Lee mówił: – Gdy obejrzałem ten krótki metraż, pomyślałem, że pomysł jest wystarczająco mocny, by rozwinąć go w fabułę. Niełatwo mnie przestraszyć, bo oglądam być może najwięcej horrorów w Hollywood, także krótkich metraży, i to nie z tylko z racji obowiązków zawodowych, ale jako wielki fan gatunku. „Polaroid” obejrzałem na laptopie w biurze i naprawdę miałem stracha. Lars, moim zdaniem, potrafił zbudować nastrój dziwności i wielkiego napięcia w bardzo krótkim czasie.

Przedmiotem o zabójczych właściwościach, który wyzwala lawinę przerażających zdarzeń, będzie tym razem stary aparat fotograficzny typu Polaroid. Okazuje się, że ludzi, którzy mieli nieszczęście zostać utrwaleni na zdjęciu, czeka tragiczny los... – W moim filmie chciałem opowiedzieć coś o Norwegii. O narcyzmie, o koncentracji na własnym ja, czego dobitnym przykładem jest chociażby obsesja selfie. Technologia izoluje nas od prawdziwej bliskości – to zresztą problem dość uniwersalny w wielu społeczeństwach i na to położyłem nacisk w wersji amerykańskiej – tłumaczył swoje intencje reżyser.

Nastolatka Bird Fitcher kupuje w antykwariacie tajemniczy aparat. Polaroid czasy świetności ma już za sobą, ale jest wciąż sprawny. Grupa przyjaciół uznaje go za doskonały gadżet na zbliżającą się imprezę, ale niedługo potem osoby uwiecznione na zdjęciach zaczynają ginąć w niewyjaśnionych okolicznościach. Czy bohaterom uda się oszukać przeznaczenie i powstrzymać wydarzenia prowadzące do tragicznego końca?

„Polaroid” w kinach od 28 czerwca.