"Złoto"

Reklama

W finale Chaplinowskiej "Gorączki złota" sprzed blisko stulecia towarzysz Małego Włóczęgi dzielił się z nim znalezionym skarbem. W "Złocie" taka sytuacja stanowi dopiero punkt wyjścia. Bynajmniej niedosłownie, bowiem bohater nigdzie dalej się nie rusza, pilnując ogromnego samorodka.

Osadzony na australijskim pustkowiu film Anthony'ego Hayesa wywołuje praktycznie ciągłe uczucie déjà vu. Od klasycznego "Skarbu Sierra Madre" Johna Hustona przez "Mad Maxa" George'a Millera po serialowych "Lost: Zagubionych" czy "Rover" Davida Michôda, gdzie skądinąd w epizodzie pojawiał się reżyser "Złota", na co dzień aktor.

Jednak nawet jeśli fabuła nie jest u Hayesa na wagę złota, to za kamerą filmowiec radzi sobie bardzo dobrze, mierząc się z niełatwą materią, jaką stanowi ograniczenie czasu, miejsca, obsady i dialogu, w sposób efektowny, ale nie efekciarski. Film powstawał w naturalnych plenerach, w trudnych i surowych warunkach, co zdjęcia Rossa Giardiny sugestywnie oddają - ekipie udało się wykorzystać nie tylko spaloną ziemię odbijającą światło słoneczne lepiej niż najdroższy sprzęt, ale i autentyczną burzę piaskową.

Reklama

"Złoto" to znacznie bardziej kameralne studium psychologiczne aniżeli przygodowe kino akcji. Są w filmie długie momenty, kiedy bohater Efrona w bezruchu wpatruje się w pustkę, a za ścieżkę dźwiękową służy brzęk dokuczliwych much i narastający skowyt psów dingo. W rezultacie coraz bardziej przeorany psychicznie samotnik zaczyna gadać ze skorpionem, niczym Tom Hanks z piłką do siatkówki w "Cast Away: Poza światem".

Przekonująca rola Efrona faktycznie robi wrażenie nie tylko dzięki pobrzydzającej charakteryzacji - choć prasowe nagłówki o przełamywaniu wizerunku złotego chłopca Hollywoodu to jedynie spóźniony marketing; aktor już przed trzema laty ironicznie ogrywał status idola nastolatek błyskotliwą kreacją Teda Bundy'ego w "Podłym, okrutnym, złym". Stąd też wypominanie mu dziś "High School Musical" ma tyle sensu, ile pisanie o Robercie Pattinsonie jako gwiazdorze "Zmierzchu".

Tak że tak, fani Efrona i miłośnicy pustynnego postapo nie potrzebują więcej zachęt. Ale i wszyscy inni - mimo że wiedzą nie od dziś, że złoto zatruwa umysły, chciwość nie popłaca, Matka Natura zawsze upomni się o swoje, a żadne dzikie stworzenia nie są tak groźne jak sami ludzie - nie powinni żałować zainwestowania czasu w seans na dużym ekranie. Bo nawet jeśli "Złoto" to nie złoto, lecz srebro albo brąz, co tam komu przypasuje, to wciąż podium w swojej klasie.

Gdzie zobaczyć: w kinach