Niezależnie czy mówimy o narkomance z "Bóg wie co", czy kryminaliście granym przez Roberta Pattinsona w "Good Time", bohaterem braci Safdiech zawsze jest sfrustrowana i konfliktowa osoba z nowojorskiego półświatka. Nie inaczej rzecz się ma w "Nieoszlifowanych diamentach" o szemranym jubilerze z rzadkim talentem psucia wszystkiego, do czego się dotknie.

Reklama

Po krótkim prologu w etiopskiej kopalni kamera zanurza się w tęczową strukturę wydobytego opalu, by następnie płynnie przejść do podróży przez jelita bohatera w trakcie kolonoskopii. To nic innego, jak żartobliwy bryk z filmu już na samym początku: możesz mieć wszystkie skarby świata i wciąż być w dupie.

Ciekawego tropu dostarcza autor blogu "Celuloid i światło", zauważając paralelę między filmem Safdiech a "Egzorcystą". Obie fabuły rozgrywają się w Ameryce, ale zaczynają z dala od niej - kultowy horror Williama Friedkina w Iraku, zaś "Nieoszlifowane diamenty" w Etiopii. W krajach tych wykopywane są artefakty - posążek demona Pazuzu i drogocenny opal. W obu przypadkach wykopalisko prowadzi do opętania protagonistów i wprowadza mistycyzm do realistycznej opowieści. W kryminale Safdiech - co też podnosi autor "Celuloidu i światła" - pojawia się sugestia wiążąca magiczne właściwości kamienia z kulturą Felaszów, czyli etiopskich Żydów.

Co jednak jeśli pójdziemy tym tropem dalej i potraktujemy motyw Czarnych Żydów nie tylko dosłownie, ale i metaforycznie? Otóż czym jest Nowy Jork, którego klimatem przesiąknięty jest każdy kadr filmu Safdiech? Nowy Jork to Woody Allen i Spike Lee. Manhattan i Harlem. Kolebka rapu i punka spod znaku CBGB. New York Knicks w lidze NBA i Noah Baumbach od "Historii małżeńskiej", ale i wcześniejszych "Opowieści o rodzinie Meyerowitz" z kapitalnym Adamem Sandlerem, który w "Nieoszlifowanych diamentach" gra rolę życia. Słowem, gdy myślimy o Nowym Jorku, często jest to wyobrażenie kultury afroamerykańskiej i żydowskiej w jednym tyglu - mimo że na ekranie rzadko dochodzi do ich zwarcia.

U Safdiech dochodzi - i to w sposób wysoce fascynujący. Bohaterowie, poszczególne wątki fabularne, ikonografia - praktycznie w każdym aspekcie obie kultury wchodzą w synergię. Nawet miejsce akcji, Diamond District, słynne zagłębie jubilerskie Manhattanu, znane i kinomanom choćby z "Maratończyka" Johna Schlesingera czy "Bliżej" Mike'a Nicholsa, jest w rzeczywistości i "żydowskie", i "czarne" - biorąc pod uwagę zarówno bardziej lub mniej legalny handel, jak i zaopatrywanie się tam przez raperów i inne postaci nowojorskiej socjety.

Najciekawszy jest jednak bohater Sandlera, Howard Ratner, "czarny" Żyd obwieszony złotem i bujający się z Afroamerykanami. Zdeprawowany i nerwowy jak samo miasto, komiczny, ale i chwilami wzruszający w swojej bezradności. Trochę Ali G, trochę ekstrawertyczne alter ego Marcella z "Dogmana".

Howard żyje w ciągłym biegu, odbija się od jednej postaci na swej drodze do innej, niczym piłeczka w pinballu. Żona grożąca rozwodem (Idina Menzel), młoda kochanka (Julia Fox), szwagier-wierzyciel (Eric Bogosian), znajomy diler zegarków (Lakeith Stanfield) - Howard krąży między nimi w tę i nazad, w zaklętym kręgu zależności, od przekrętu do przekrętu, od niespełnionej obietnicy do kolejnej, napędzany żądzą życia ponad stan.

Analogicznie chaotyczny jest sam film. Roztrzęsione zdjęcia Dariusa Khondjiego, eksperymentalna muzyka Daniela Lopatina, bardziej znanego pod pseudonimem Oneohtrix Point Never, a nade wszystko Altmanowski w duchu montaż dźwięku - z ulicznym zgiełkiem wychodzącym na pierwszy plan, z rozmowami w tle nakładającymi się na siebie. To jest immersyjność z prawdziwego zdarzenia, nie wycyzelowany "1917" Sama Mendesa! Wszystko pulsuje niebywałą energią, ale i ma w sobie szorstkość, drażniącą chropowatość. Niczym - a jakże - nieoszlifowany diament.

Charakteru nadaje filmowi również pomysł, by gwiazdor R&B The Weeknd i koszykarz Kevin Garnett grali fabularyzowane wersje samych siebie. Mocno zakorzenia to opowieść w naszym świecie, tu i teraz. Szczególnie elektryzujący jest motyw sportu, który ostatnio znalazł się na ustach całego świata w bardzo przykrych okolicznościach, za sprawą śmierci Kobego Bryanta. Tutaj w kulminacyjnym momencie śledzimy po prostu mecz NBA i wspaniale sobie uzmysłowić, że działa to "filmowo" nie gorzej niż napad na bank czy inny wyścig z czasem. Bracia Safdie z pewnością "kochają tę grę". A przy okazji starają się, byśmy dobrze zapamiętali, że pierwszego kosza w historii ligi zdobył Żyd.

"Nieoszlifowane diamenty", USA 2019, reż. Benny & Josh Safdie, dystrybucja: Netflix