Minęło grubo ponad pół wieku od kiedy Walentina Tierieszkowa wyruszyła w prekursorską podróż po orbicie. Kolejną kobietę, Swietłanę Sawicką, ZSRR wysłał w kosmos dopiero dwie dekady później. Od tamtej pory liczba astronautek przekroczyła 60, choć wciąż stanowią one niewiele więcej niż 10 procent wszystkich astronautów. Podbój już lingwistycznie kojarzy się męsko i podbój kosmosu nie jest tu wyjątkiem. To symboliczne, że najbardziej rozpoznawalna astronautka popkultury, Ellen Ripley z "Obcego", pochodzi ze świata fantastyki. W masowej wyobraźni "prawdziwy" astronauta ma pobrużdżoną twarz kosmicznego kowboja z hollywoodzkich blockbusterów.

Reklama

Dlatego też "Proxima" Alice Winocour, scenarzystki głośnego tureckiego "Mustanga", jawi się pod wieloma względami wyjątkowo już na poziomie konceptu. Jest skromnym europejskim filmem o kosmosie. Jest filmem o kosmosie z kobietą w roli głównej. Wreszcie, jest filmem o kosmosie rozgrywającym się wyłącznie na Ziemi.

Zdjęcia kręcono w autentycznych sceneriach Europejskiej Agencji Kosmicznej, Gwiezdnego Miasteczka koło Moskwy i kosmodromu Bajkonur w Kazachstanie. Połączenie postkomunistycznych, staroświeckich wnętrz i najnowocześniejszej technologii robi bez mała surrealistyczne wrażenie, ale tak to właśnie w rzeczywistości wygląda. Żadnych makiet, żadnych studyjnych rekonstrukcji - wszystkie lokacje są wręcz organicznie naturalne, co znacząco wpływa na realizm filmu.

Podobnie ekstremalny trening, któremu poddana jest bohaterka, oparto w całości na prawdziwych procedurach EAK. Winocour pochyla się nad zagadnieniem tak imponująco szczegółowo, że obrazuje metody naukowe mające przygotować specyficznie kobiece ciało do międzyplanetarnej misji, a nawet roztrząsa problem menstruacji w stanie nieważkości.

Ale Sarah (Eva Green w życiowej formie) musi się zmagać nie tylko z morderczymi ćwiczeniami i oczywistym seksizmem ze strony męskiej części załogi. Głównym problemem dla francuskiej astronautki i zarazem samotnej matki pozostaje rozłąka z 7-letnią córką Stellą (rewelacyjna debiutantka Zélie Boulant). Tym samym kosmiczne marzenie wchodzi w klincz z najbardziej pospolitym wymiarem człowieczeństwa.

Siła "Proximy" bierze się z niezwykle zniuansowanego ukazania przygotowań do podróży w kosmos zarówno na płaszczyźnie fizycznej, jak i psychologicznej oraz emocjonalnej. Reżyserki nie interesują proste dychotomie egocentryzmu i poświęcenia, macierzyństwa i kariery. Sarah jest oczywiście rozdarta między własną ambicją a bezbrzeżną miłością do córki; nie bez racji wyrzuca sobie, że będąc przez długi czas tak daleko od niej, jak tylko się da - dosłownie w innej stratosferze - przegapi część z tych pozornie prozaicznych, a przełomowych momentów w życiu dziecka, jak nauka jazdy na rowerze, sukcesy szkolne czy pierwsze zauroczenie. Tyle że Stella jest w wieku, gdy potrzebuje zarówno matki, jak i inspiracji, a kto może być lepszym wzorem niż matka-superbohaterka, szybująca wśród gwiazd? Stąd też tęsknota i podziw malujące się na obliczu dziewczynki w scenie pożegnania wcale się nie wykluczają. Analogicznie jak - wbrew powszechnemu przekonaniu - nie wyklucza się bycie świetną matką i cenioną profesjonalistką w jednym.

"Proxima" intencjonalnie prowokuje, odrzuca konwencje i uderza w przyzwyczajenia widza. Czy komukolwiek przyszłoby do głowy określić astronautów-ojców, jak tutejszy szowinista Mike (Matt Dillon) czy bohater grany przez Matthew McConaugheya w "Interstellar" Nolana, mianem karierowiczów? Jest jakieś okrucieństwo, jakaś perfidna przewrotność w napięciu między przyziemnym losem matek a wygórowanymi oczekiwaniami społecznymi względem nich - i film doskonale ten dysonans wydobywa, na przykład w scenach kłopotliwego zabierania dziecka do pracy. Kobieta nie musi nawet przywdziewać skafandra kosmicznego - na co dzień jest zmuszona wznosić się ponad normy.

Piękny film o podwójnych standardach, kobiecym mikrokosmosie i unikatowej więzi matczyno-córczynej.

"Proxima", Francja / Niemcy 2019, reż. Alice Winocour, dystrybucja: Best Film