W kinie światowym na szczęście jest miejsce nie tylko na Bondy i Avengersy. Przejmujące, oscarowe „RozstanieAsghara Farhadiego przypomniało, że pokazanie tytułowego dramatu może być nie tylko obyczajową historią dla ludzi po przejściach (lub ostrzeżeniem dla tych, co myślą o podjęciu działań). To możliwość do studiowania natury ludzkiej, studium psychologicznego. Tak jak w irańskiej produkcji z 2011 roku musi być to podparte dobrym scenariuszem oraz grą aktorską, która nie pozostawi miejsca na najmniejsze niedoskonałości.

Reklama

Scarlett Johansson i Adam Driver, bohaterowie oderwani od baśniowych historii, w których zagrali lub zagrają w krainie Disneya lub Marvela, są na wskroś ludzcy. Niby są przedstawicielami lepszej aktorskiej kasty, niby miasta, w których żyją to Nowy Jork i Los Angeles, ale ich losy, aspiracje i ambicje są zaskakująco bliskie i nam, i każdemu społeczeństwu, które dało się wpędzić w wir udowadniania, że mogę być lepszym, że w każdym aspekcie może być stać mnie na więcej.

Ich emocje są zrozumiałe dla każdego, kto w małżeństwie lub partnerstwie wytrwał lat choćby kilka. Dialog wraz z upływem czasu zamienia się w dwa monologi, umiejętność bycia empatycznym zastępowana jest pytaniem „czy ja nie za bardzo się poświęcam”, a następnie konfrontowanym z „jeszcze tylko dwa, trzy lata i wyjdę na swoje, będzie nam się żyło lepiej, zobaczysz”.

W „Historii małżeńskiej” nie ma pochwały ani zachęty do życia w patchworkowej rodzinie. Wydaje się, że Baumach, nawet na chwilę nie dopuszczając swoich bohaterów do takiej myśli, daje też sygnał „stop” usprawiedliwianiu takiego bytu zarówno w kinie familijnym, jak i w rozlicznych serialach. I jednocześnie mówi bez ogródek, że nie trzeba patologii, by hasło „chłopak, dziewczyna – normalna rodzina” włożyć między bajki.

Dużo tu scen symbolicznych. Wspólne zamykanie bramy jest jak budowanie muru w pamiętnej ekranizacji płyty Floydów dokonanej przez Parkera. Tu, by nas bardziej bolało, brak jest watersowskiego patosu. Podobnie jak u Farhadiego, Baumach popycha Joahnsson i Drivera w grę bez przerysowań, przejaskrawień. Kiedy filmowa Nicole mówi, że nie jest się w stanie jako aktorka zmusić do płaczu, a zaraz po odwróceniu się od Charliego na jej policzkach pojawiają się łzy, chcemy płakać i my. Tak samo jest kiedy patrzymy na rozedrgania emocjonalne dziecka, wpędzonego w niewypowiedzianą walkę na atrakcje. Małemu chłopcu nikt nie podpowiada nic wprost, ale jednak w sposób oczywisty zmusza do dokonywania wyborów, które zna każdy z nas. „Którego rodzica kochasz bardziej”, „z kim wolisz spędzać czas”, „od kogo to dostałeś” – za pytania zadawane przez życzliwych z boku powinna być bardziej surowa kara niż nawet za jazdę na podwójnym gazie. Tak samo, jak za teoretycznie życzliwe podejście rodziców, którzy zapowiadają, że cały czas będą kochać połówkę, z którą się żegnamy, robiąc to z anielskim uśmiechem, który mówi: „ja mocno wierzę, że wy się jeszcze zejdziecie”.

Historia małżeńska” mocno bije w amerykański system prawny i pokazuje w świetnym drugim planie Alana Aldę, Laurę Dern i Raya Liottę. Oskarżenia wobec pazernych adwokatów, którzy za wszelką cenę chcą wygrać sprawę, zamiast doprowadzić do albo szybkiego i pokojowego załatwienia sprawy albo pogodzenia się stron, ale i ukazani w tle single, którzy w pozornym zadowoleniu z własnej samotności nie zauważają, jak ich egoizm zabija i ich, i otoczenie – wszystko to czyni z filmu Baumacha historię wielopłaszczyznową, oderwaną od tytułowej opowieści.

Ale tak jak we wspomnianym „Rozstaniu” Farhadiego, tak i w „Historii małżeńskiej” mamy pokazaną utopię myślenia o tym, że zakończenie może być szczęśliwe.

Reklama

Bo przecież nikt nigdy nie wygrał rozwodu. Nawet, jeśli tak mu się wydaje.