Dziennik Gazeta Prawana logo

"Portret kobiety w ogniu". Jeszcze nikt w kinie nie malował tak kobiecego uczucia [RECENZJA]

18 października 2019, 09:13
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
"Portret kobiety w ogniu"
"Portret kobiety w ogniu"/Media
Wyróżniony w Cannes nagrodą za scenariusz i Queerową Palmą "Portret kobiety w ogniu" łatwo zamknąć w szufladce kina LGBT. Byłoby to jednak krzywdzące dla dzieła tak brawurowo łamiącego schematy i gatunki.

Podobnie jak w swoich wcześniejszych głośnych dramatach społecznych, "Chłopczycy" i "Girlhood", francuska reżyserka i scenarzystka Céline Sciamma bierze pod lupę kobiecą tożsamość genderową. I choć tym razem ubiera swoje obserwacje w gorset epoki oświecenia, bynajmniej nie krępuje on śmiałej wizji artystycznej, równie imponująco igrającej z koturnową konwencją, co w przypadku "Faworyty" Giorgosa Lanthimosa. Przy czym znacznie subtelniejszej, wręcz organicznie kobiecej - od czasu "Fortepianu" nie mieliśmy w kinie melodramatu kostiumowego o tak feministycznym wydźwięku. Co więcej, w przeciwieństwie do filmu Jane Campion, w "Portrecie..." wszystko rozgrywa się wyłącznie między kobietami.

Intryga zawiązuje się u sielskich wybrzeży XVIII-wiecznej Bretanii. Przybyła z Paryża malarka Marianna dostaje zadanie stworzenia portretu młodej arystokratki Heloizy, szykowanej do aranżowanego małżeństwa. Obraz ma jednak powstać w sekrecie, na bazie dyskretnych obserwacji mimowolnej modelki, która odmawia pozowania, sprzeciwiając się w ten sposób przymusowemu zamążpójściu. Tak zaczyna się pasjonująca gra pozorów, która legnie u podstaw love story, z jaką pod względem siły rażenia może się w tym roku równać jedynie "Gdyby ulica Beale umiała mówić" Barry'ego Jenkinsa, inna przejmująca opowieść o kochankach z mniejszości skonfrontowanych z opresyjnym systemem.

Poniekąd ten sam system społeczny wygumkował malarki z podręczników sztuki. Do historii przeszły nieliczne, jak Angelika Kauffmann, Suzanne Valadon czy nasza Olga Boznańska, w masowej wyobraźni funkcjonuje jedynie Frida Kahlo. Tuziny innych patriarchalny świat zepchnął na margines, zignorował, jak zwykł to robić generalnie z kobietami - o czym opowiada na przykład świetne, także nagrodzone w tym roku w Cannes, "Niewidoczne życie sióstr Gusmão" Karima Aïnouza, które wejdzie na polskie ekrany w listopadzie.

Czyniąc jedną z bohaterek portrecistkę, Sciamma symbolicznie przywraca malarkom widzialność, należyte miejsce w historii. Zresztą sztuka jest w tym niezwykłym romansie alegorią miłości - artystyczna emancypacja Marianny postępuje wraz z rozwojem jej uczucia do Heloizy; kolejne wersje portretu coraz bardziej przełamują wystudiowany, sztywny konwenans. W końcu kochanie i tworzenie mają ze sobą wiele wspólnego - wymagają pełnego oddania, inspirują, ale i potrafią sprawić niewypowiedziany ból w razie niespełnienia.

Receptą na ten ból może być pamięć, dla której najlepszym nośnikiem jest właśnie sztuka, zdaje się przekonywać Sciamma. W jednej ze scen frapująco reinterpretuje mit o Orfeuszu i Eurydyce, stawiając miłość platoniczną ponad fizyczne pożądanie - i tworząc tym samym metaforę relacji Marianny i Heloizy. Relacji ukazanej w sposób niemal mistyczny.

To nie jest tylko film o dwóch zakochanych w sobie kobietach. To jest film o tym, jak te kobiety na siebie patrzą. Jak do siebie szepczą. Jak spacerują. Jak czytają sobie książki. Jak grają w karty. Jak słuchają się nawzajem. Jak budują porozumienie poza przestrzenią słów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tak filmować lesbijską miłość mogła wyłącznie lesbijka - i to osobiste i unikalne spojrzenie, bez fetyszyzacji, bez seksualizacji, odróżnia "Portret..." nawet od tak znakomitych lesbijskich romansów, jak "Carol" Todda Haynesa czy "Życie Adeli" Abdellatifa Kechiche'a.

W filmie praktycznie nie ma scen seksu, a mimo to napięcie erotyczne wciąż wisi w powietrzu. To bardzo zmysłowa wizja, melancholijna bez ckliwości, poetycka w najlepszym znaczeniu słowa. Kamera z rozmysłem studiuje mowę ciała fenomenalnie obsadzonych Noémie Merlant i Adèle Haenel, ukazuje każdą emocję, każde uniesienie brwi, każde przygryzienie warg.

Malarstwo ekspresjonistyczne ożywa na ekranie za sprawą przepięknych zdjęć Claire Mathon i żywych kostiumów Dorothée Guiraud; niewiele jest filmów, z których tyle stopklatek pragnęłoby się mieć na ścianie. Nawet "Cztery pory roku" Vivaldiego, prawdopodobnie najpopularniejszy utwór wszech czasów, wydawać by się mogło, że już wyeksploatowany w kinie do cna, brzmi tu świeżo i bezpretensjonalnie.

Fascynujące też - i dające do myślenia - jak bardzo aktualne pozostają podnoszone w filmie tematy, łącznie z pobocznym wątkiem ciężarnej pokojówki (Luàna Bajrami), która staje przed dylematem aborcji, znajdując sojuszniczki w bohaterkach z klas wyższych; pięknie wybrzmiewa ten motyw siostrzeństwa ponad podziałami.

Sciamma udowadnia, że nie trzeba od razu zaangażowanego, upolitycznionego filmu z przesłaniem, by pasjonująco mówić o prawach kobiet. Wystarczy czysta poezja.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj