"Kobieca wojna ma swoje własne barwy, zapachy, własne oświetlenie i przestrzeń uczuć. Własne słowa. Nie ma tam bohaterów i niesamowitych wyczynów, są po prostu ludzie, zajęci swoimi ludzkimi-nieludzkimi sprawami. I cierpią tam nie tylko ludzie, ale także ziemia, ptaki, drzewa. Wszyscy, którzy żyją razem z nami na tym świecie. Cierpią bez słów, a to jest jeszcze straszniejsze", pisała Swietłana Aleksijewicz w słynnym reportażu "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety". To właśnie wybitna książka białorusko-ukraińskiej noblistki zainspirowała młodego twórcę "Bliskości" do nakręcenia swojego drugiego filmu.

Widzimy zdewastowane miasto, fotografowane przez Ksenię Seredę tak, że równie dobrze mogłoby być miejscem akcji "Ludzkich dzieci" Alfonso Cuaróna, ponurej wizji przyszłości, w której ludzkość utraciła zdolność reprodukcji. W powojennym Leningradzie roku 1945 dzieci też jest jak na lekarstwo. Te, które cudem się uchowały w obskurnych kamienicach, nie znają widoku zieleni czy zwierząt. Wszystkie okoliczne psy zostały zjedzone. Miasto i ludzie mozolnie podnoszą się z ruin. To pierwsze, mimo wszystko, dużo łatwiej odbudować.

Jednym z takich dzieci wojny jest Paszka, chłopiec wychowywany samotnie przez Iję, wycofaną i małomówną pielęgniarkę, doglądającą w szpitalu pokiereszowanych fizycznie i psychicznie czerwonoarmistów. Ija zwana Tyczką, ze względu na swój wzrost i chudość, także jest weteranką. Cierpi na zespół stresu pourazowego, objawiający się stanami specyficznego paraliżu - co w pewnym momencie bliżej początku filmu znajdzie odbicie w scenie tak wstrząsającej, że trudno będzie z nią przejść do porządku dziennego. Tragedia splecie się w czasie z powrotem z frontu przyjaciółki Iji, energicznej i niestabilnej emocjonalnie Maszy, która desperacko pragnie odzyskać utraconą kobiecość. Bo przecież, jak zauważała Aleksijewicz, "na wojnie człowiek jest człowiekiem tylko w połowie, a w drugiej zwierzęciem. Jeśli pozostanie tylko człowiekiem, nie ocaleje".

Bohaterki wchodzą w trudne, nieoczywiste interakcje erotyczne z innymi postaciami - Ija ze swoim przełożonym, starszym lekarzem, Masza z synem komunistycznych aparatczyków - jednak w epicentrum wydarzeń leży ich wzajemna relacja, pełna paradoksów, czuła i konfundująca zarazem, gdzieś na styku głębokiej zażyłości i bezdusznej manipulacji, przypominająca nieco stosunki Almy i Elisabet z "Persony" Bergmana. Tam mieliśmy pielęgniarkę i aktorkę, która zaniemówiła wskutek bezradności wobec otaczającego ją świata - tutaj Ija poniekąd skupia cechy obu tych postaci.

"Kobieca wojna jest straszliwsza niż męska. Mężczyźni chowają się za historią, za faktami, wojna pociąga ich jako działanie i konflikt idei, interesów, a kobiety wychodzą od uczucia. Umieją widzieć to, co dla mężczyzn jest zakryte. To inny świat. Z zapachem, z barwą, ze szczegółowym światem istnienia (...). O czymkolwiek mówią kobiety, stale obecna jest u nich jedna myśl: wojna to przede wszystkim morderstwo, a poza tym - ciężka praca. No i także zwyczajne życie: śpiewały, zakochiwały się, kręciły papiloty... A sednem zawsze jest to, że tak ciężko umierać i tak nie chce się umierać. A jeszcze ciężej - zabijać, i tego jeszcze bardziej się nie chce, bo kobieta życie daje. Przynosi w darze. Długo nosi je w sobie, donasza", pisała Aleksijewicz. Reżyser nie ekranizuje jej prozy wprost, w końcu u niego mamy już czas powojenny, ewentualnie "wojnę, która nigdy się kończy" - ale i tak całe przesłanie oddaje w treści lub koduje w obrazie.

Zielony płaszcz Iji, rude włosy Maszy, kolory nadziei i odrodzenia, wojny i namiętności - wszystko to także opowiada nam tę złożoną historię traumatycznej blokady, stłumionej seksualności, pragnienia macierzyństwa. Ten film boli, przenika do trzewi, również dzięki rewelacyjnym aktorkom, Wiktorii Miroszniczenko i Wasilisie Perelyginie - zdumiewające, że dla obu jest to debiut przed kamerą. Zdumiewające, że ledwie 28-letni Bałagow nakręcił tak dojrzały film.

"Wysoka dziewczyna", Rosja 2019, reż. Kantemir Bałagow, dystrybucja: Nowe Horyzonty