Utarło się, że są filmy dobre i są filmy ważne. Szczególnie kino interwencyjne i rozliczeniowe, służące doraźnej publicystyce, nad wyraz często spełnia tylko ten drugi warunek.

Zeszłoroczny "Kler" okazał się filmem ważnym, w sensie społecznym być może nawet najważniejszym filmem wolnej Polski. Smarzowski nie powiedział nic odkrywczego, ale swoim donośnym manifestem niezgody na życie w państwie wyznaniowym przełamał tabu i ośmielił innych. Niestety, dolał też niemało paliwa do wojny polsko-polskiej, samemu wkładając przeciwnikom oręż do rąk za sprawą groteskowych uproszczeń, podrzędnej psychologii i przaśnego dowcipu. Tryb Vegi de luxe może i był najlepszym sposobem na zawojowanie box office'u, ale niekoniecznie na wywołanie poważnej dyskusji narodowej.

Francuski "Dzięki Bogu" sytuuje się na przeciwległym biegunie "Kleru" pod niemal każdym względem: konceptualnym, fabularnym, estetycznym. Przede wszystkim w epicentrum wydarzeń stawia nie upadłych księży, lecz ich ofiary, co odróżnia go także od "Spotlight" skupionego na potędze prasy, czy nawet dokumentalnego "Tylko nie mów nikomu" braci Sekielskich, stanowiącego poniekąd wypadkową "Spotlight" i "Kleru" (dziennikarskie śledztwo i teza o Kościele jako organizacji paramafijnej). Naturalnie wszystkie te filmy oddawały głos ofiarom, jednak żaden w takim stopniu, jak "Dzięki Bogu".

Pozornie może dziwić, że film podpisał François Ozon, spec od erotycznego suspensu ("8 kobiet", "Basen", "Podwójny kochanek"). Ale sprzeczności nie ma: melodramat, kryminał, studium ludzkiej seksualności, sarkazm rozładowujący napięcie - wszystkie wyróżniki kina Ozona znajdziemy i tutaj, tyle że w znacznie poważniejszej niż dotąd tonacji.

Film nie jest obliczony ani na wywołanie skandalu, ani na łatwą rozrywkę. Nie ma w nim patosu, demonizowania duchownych, przemocy ukazywanej explicite czy efektownych bon motów w stylu biskupa Mordowicza. Linearną narrację budują głównie monologi, gorzkie wyznania i listy odczytywane na głos. Taka forma nie sprzyja wyrazistości, nie porywa, ale i na szczęście nie nuży. Ozon w wersji "po bożemu" to wciąż Ozon, którego chce się oglądać.

Oparta na faktach - i to dość świeżych - fabuła koncentruje się na losach trzech dorosłych mężczyzn, ofiar księdza Bernarda Preynata z Lyonu, którzy skrzykują się po trzydziestu latach od ponurych wydarzeń na obozie harcerskim, aby wreszcie wymierzyć sprawiedliwość.

Siła filmu polega na przenikliwym zobrazowaniu, jak różnie doświadczenie molestowania w dzieciństwie może rzutować na psychikę i późniejsze życie. Spokojny i ułożony Alexandre (Melvil Poupaud) poradził sobie z traumą najlepiej, jest gorliwym katolikiem (na granicy syndromu sztokholmskiego), szczęśliwym mężem i ojcem pięciorga dzieci. Postanawia działać dopiero wtedy, gdy odkrywa, że ksiądz Preynat wciąż prowadzi katechezy dla nieletnich. E-maile Alexandre'a do kardynała Philippe'a Barbarina kładą podwaliny pod cały "ruch oporu".

Z kolei wybuchowy François (Denis Ménochet znów jako chodzący dynamit, choć naładowany znacznie bardziej pozytywną energią niż w "Jeszcze nie koniec") to zawzięty ateista, którego dawny koszmar na stałe odsunął od Kościoła. Najbardziej pokrzywdzony jest zaś Emmanuel (rewelacyjny Swann Arlaud, którego można obecnie oglądać także w skrajnie odmiennej roli w ekscentrycznej komedii romantycznej "Niezbędna konieczność"), do tej pory cierpiący emocjonalnie i fizycznie, chorujący na epilepsję, nieodnajdujący się w kontaktach z kobietami.

Ozon świetnie pokazuje różne oblicza męskiej wrażliwości - poprzez wewnętrzne zmagania bohaterów, ale i ich skomplikowane interakcje z bliskimi, których cała sprawa także pośrednio dotyka. Niekiedy jest wsparcie, innym razem niezrozumienie, odepchnięcie, tradycyjne "co ludzie powiedzą". Ojciec Emmanuela nie może pojąć, dlaczego "dorosły facet" wciąż "użala się nad sobą". Brat François jest zazdrosny, że przez lata uwaga rodziców skupiała się tylko na dramacie jednego z synów. Życie.

Życie pisze też epilog do filmu. Miesiąc po światowej premierze na Berlinale, gdzie "Dzięki Bogu" nagrodzono Srebrnym Niedźwiedziem, kardynał Barbarin został skazany na pół roku więzienia w zawieszeniu za tuszowanie pedofilii. W lipcu ksiądz Preynat, oskarżony ostatecznie przez kilkadziesiąt osób, został wydalony ze stanu duchownego i obecnie oczekuje na proces. Powstaje pytanie, dlaczego w Polsce po dokumencie Sekielskich hierarchowie, którym dowiedziono zamiatanie sprawy pod dywan, uniknęli jakichkolwiek konsekwencji? Laickość Francji to jedno, poszanowanie prawa i zwykła przyzwoitość to drugie. Skromny film Ozona przekonuje, że wszystko przed nami. Przywraca wiarę.

"Dzięki Bogu", Francja / Belgia 2018, reż. François Ozon, dystrybucja: Against Gravity; w kinach od 20 września