To miał być najbardziej kontrowersyjny film polskiego kina. Doborowa obsada – m.in. Daniel Olbrychski, Ewa Kasprzyk czy Zbigniew Zamachowski – powinna gwarantować jakość. Do tego zajawki, pokazujące najbardziej kontrowersyjne sceny polskiej polityki… Kolejki po bilety były tak duże, że w moim lokalnym kinie, w którym jeśli na seansie pojawia się choć 10 osób, to jest to już duża frekwencja, bilety trzeba było kupować z wyprzedzeniem. Słowem, sukces kasowy, a publiczność oczekiwała dzieła, które miało zdemaskować naszych polityków.

Reklama

Niestety, coś poszło nie tak. Patryk Vega, wzorując się na Quentinie Tarantino, postanowił podzielić swoje dzieło na kilka epizodów. Każdy pokazuje „dobrą zmianę” z innego punktu widzenia, choć bohaterowie i niektóre sceny łączą te „odcinki”.

Film zaczyna się, gdy kobieta (Ewa Kasprzyk), która karmi kury, dowiaduje się, że została szefową rządu. Potem śledzimy jej karierę – od rozmowy z Prezesem (Andrzej Grabowski), który zadowolony jest, że jego nowa „twarz dobrej zmiany” nie ma własnego zdania, przez próby nauczenia jej mowy ciała, dobrania odpowiedniego stroju, aż do dymisji.

Vega pokazuje szefową rządu jako kobietę, która się na niczym nie zna, rzuca tylko puste zdania, a na posiedzeniach rządu śpi. Mamy po drodze oczywiście słynny wypadek, do tego słowa Prezesa, by pokazała pazurki czy szefową rządu mówiącą, że „premie się jej ministrom należały”. Nic odkrywczego, nic nowego… Gra aktorska kiepska, sztuczna i robiona na siłę, żeby puścić oko do widza: „Patrz, znasz ją z telewizora, zobacz jaka była beznadziejna”. Podobnie zresztą zrobione są następne epizody.

Kolejna część filmu nazywa się „Pupil”. Jak łatwo można się domyślić, chodzi o młodego współpracownika ministra obrony – oczywiście, tak jak w przypadku innych bohaterów – nie pada jego nazwisko. Jednak ma tak charakterystyczny wygląd i zachowanie, że wiadomo, o kogo chodzi. Młody student szkoły ojca dyrektora zostaje asystentem szefa MON. Szybo uderza mu sodówka do głowy. Podlizuje się swojemu szefowi, wydaje pieniądze na lewo i prawo, tak organizuje prace resortu, by brać gigantyczne łapówki, zaś w jednostkach wojskowych zmusza żołnierzy do salutowania, bawi się wojskowym sprzętem i niszczy tych, którzy mu się sprzeciwiają. Jego zaś szef często skacze do wody, jeździ do szpitala na elektrowstrząsy, a na koniec zażywa kokainę razem ze swym współpracownikiem, czyniąc mu seksualne aluzje. Sama kariera asystenta kończy się za kratkami.

Tu przechodzimy do trzeciej części, poświęconej konserwatywnemu politykowi, który wiąże się z młodą asystentką. Zaczyna się wszystko od zakrapianej imprezy, gdy przy wódce śpiewana jest „Pierwsza Brygada”. Potem polityk zaczyna romans z piękną dziewczyną. Vega pokazuje fragmenty z jego przemówień, pełnych konserwatywnych frazesów, robiąc przebitki na sceny ostrego seksu. Romans kończy się, gdy Ojciec Dyrektor daje mu szansę bycia szefem nowej, katolickiej partii. Rozżalona kochanka mści się, wysyłając filmiki do mediów, a Prezes nie może mu darować „zdrady” politycznej.

Następna, najbardziej brutalna część, pokazuje machinacje Ojca Dyrektora. Widzimy liczoną forsę na stole, widzimy, jak zastraszany i manipulowany jest nowy premier, ekonomista w okularach, słyszymy słynny tekst o „autach od bezdomnego”. By stworzyć zagrożenie i zjednoczyć Polaków, ksiądz wpada na pomysł prowokacji politycznej. Jedna z absolwentek jego uczelni, młoda i niewinna, bardzo wierząca dziennikarka (narzeczona asystenta szefa MON) zgadza się zorganizować prowokację. W tym celu pojawia się na marszu anarchistów, potem ma „swój pierwszy raz” z jednym z lewicowców, a na koniec przekonuje go, by za 10 tysięcy euro zorganizował w lesie urodziny Stalina. Imprezę tę rozbijają narodowcy, którzy dziennikarkę brutalnie gwałcą. Jej narzeczony ignoruje jej wezwania o pomoc, bo podczas rozmowy telefonicznej uprawia seks, a gdy kobieta wbiega na scenę w kościele Ojca Dyrektora, krzycząc, że to kłamca, zakonnik intonuje nabożną pieśń, a jego ludzie sprowadzają ją ze sceny.

Przedostatnia część jest o samym Prezesie, który spotyka się z młodym masażystą (Maciej Stuhr). Człowiek ten, próbuje wszechwładnego szefa partii nauczyć cieszyć się życiem. Zabiera go nad Wisłę, by nauczyć się puszczać kaczki, a potem odwozi go pod Sejm. Tam, by przebić się przez tłum przeciwników rządzącej partii, Prezes zakłada maskę ze swoim wizerunkiem na twarz. Zagadnięty przez dziennikarkę wygłasza słynne przemówienie o „elemencie animalnym”. Masażysta, nie może uwierzyć, że padły takie słowa i że Prezes w nie naprawdę wierzy.

Reklama

Myślicie, że cały film jest poświęcony rządzącej partii? W ostatniej części dostaje się opozycji. Szef, czyli przylizany, głupio uśmiechnięty polityk, którego współpracownicy wyciągają non stop na siebie haki, by wygryźć tego drugiego z dobrego miejsca na liście, postanawia wciągnąć do polityki ofiarę wypadku, która wjechała w kolumnę rządową (w tej roli Daniel Olbrychski). Emerytowany nauczyciel, naiwnie pokazuje szefowi partii swój program i słyszy w odpowiedzi niezwykle cyniczną wizję polityki – że partie są jak ule – jest królowa i robotnicy. I rój musi walczyć z rojem, a nie ma myśleć. Emeryt oczywiście dostaje się do Sejmu i – jak to postać grana przez Daniela Olbrychskiego – wygłasza monolog o tym, jacy politycy są źli i że powinni służyć narodowi. Na koniec zaś zdejmuje przed wszystkimi posłami spodnie i odwraca się do nich tyłem. Nie wywiera to na nich żadnego wrażenia, odśpiewują hymn i biorą się do pracy.
Od strony technicznej wszystko jest poprawne. Udało się tak dobrać aktorów i nakręcić sceny, że każdy, kto choć trochę interesuje się polityką, od razu odgadnie kogo widzi. Fatalnie za to – jak w przypadku prawie każdego polskiego filmu – zrealizowano dźwięk. Głosy postaci są tak ciche, (zwłaszcza gdy mówi Prezes) że trzeba siedzieć blisko ekranu i liczyć na absolutną ciszę na widowni, by coś usłyszeć. Zdecydowanie przydałyby się więc napisy. Szkoda, że producent nie wyłożył więcej pieniędzy na stronę techniczną.

Jeśli zaś chodzi o scenariusz, to mamy tu do czynienia z nakręceniem internetowych dyskusji na forach i portalach społecznościowych. Vega wykorzystał najbardziej chamskie i prymitywne żarty, kpiąc zarówno z polityków rządzącej partii, jak i opozycji. To jakby ożywić kiepskie memy, wrzucane przez najbardziej zaangażowanych internautów obu stron sporu politycznego i z nich złożyć film. Nie ma tu mowy o finezji, inteligentnym żarcie czy ciętym humorze. Wszystko jest proste i prymitywne. Vega nie chce puścić do widza „oczka”, jak robią to dobre kabarety, chce walnąć go cepem między oczy… Jednak to walnięcie ma niczego widza nie nauczyć. Tu nie chodzi o brutalne przekazanie prawdy czy zmuszenie do zastanowienia się, jak w filmach Smarzowskiego. Tu jest samo uderzenie dla uderzenia.

Trwa ładowanie wpisu

W filmie są też sceny całkowicie niepotrzebne, które niczego nie wnoszą do fabuły – jak choćby wystąpienie aktorki, przypominającej Krystynę Pawłowicz – które mają pokazać, że politycy, nawet najważniejsi, to prymitywne chamy. Musi być też brutalny seks, wulgaryzmy i gwałty… w końcu to film Patryka Vegi. Jedynym elementem, który mi się za to podobał, to wszechwładny koordynator służb, który wie wszystko o wszystkich i na wszystkich ma haki. Występuje w zaledwie kilku scenach, ale robi to dobrze i pokazuje, jak wielkie są wpływy służb.

Jeśli chodzi o grę aktorską, to też nie wyszło. Grabowski jest gorszą wersją Prezesa z „Ucha prezesa” – zdziadziały, źle ucharakteryzowany, stylizowany trochę na Ernsta Stavro Blofelda, wszechwładnego szefa Spectre, ale Blofelda z domu starców. Zgorzkniałego i nienawidzącego wszystkich. Równie przerysowane są inne ważne postaci. Tak, jakby Vega chciał być Gombrowiczem i tak mocno pokazując negatywne sceny i zachowania potrząsnąć widzem. Tylko, że zamiast wstrząśnięcia i zmuszenia do myślenia oraz zaangażowania, film wywołuje obrzydzenie. A do tego jest nudny. Bo do wszystkich tych zdarzeń Vega niczego nie dodał. Kto wie, jak zachowywał się asystent szefa MON, czy jak wyglądały rządy pierwszej premier, ten zna cały scenariusz.

Największą jednak zbrodnią reżysera jest ostateczna wymowa filmu. To nie ma być coś, co wyprowadzi ludzi na ulicę i obali rząd. „Polityka” to film, który ma obrzydzić wszystkim prawdziwą politykę. To produkcja, pokazująca, że oni wszyscy to złodzieje i idioci, a kto między nich wejdzie, ten też stanie się taki, jak oni. Ten obraz sprawi raczej, że ludzie jeszcze mniej zaczną interesować się sprawami kraju, zostawiając uprawianie polityki i dyskusje najbardziej betonowemu elektoratowi, który działa jak rój i „napierdala się” bezmyślnie, bez prób użycia argumentów, bez ucywilizowania życia publicznego, z drugim rojem.