Kino zawsze chętnie sięgało po prozę Stephena Kinga, choć efekty bywały zazwyczaj mierne – z kilkoma chlubnymi wyjątkami, takimi jak „”, „” czy „”. W ostatnich latach sytuacja zmieniła się jednak na lepsze. Miniserial „”, rozpisana już na trzy sezony adaptacja „”, a przede wszystkim komercyjny i artystyczny sukces pierwszej części filmu „” pokazały, jak udanie ekranizować Kinga. Teraz to wpadki w rodzaju „” są wyjątkami, a nie regułą.
„” mieści się gdzieś w połowie stawki. Daleko mu do najbardziej udanych ekranizacji, nie mówiąc już o powieściowym oryginale, lecz to mimo wszystko całkiem przyzwoity horror. Ma duszną, przygnębiającą atmosferę i chwilami udanie odwołuje się do podświadomych lęków, nawet jeśli jako całość nie jest specjalnie przerażający. O to ostatnie, swoją drogą, w mainstreamowym horrorze coraz trudniej.
Rodzina Creedów, Louis (Jason Clarke), Rachel (Amy Seimetz) oraz dwójka ich dzieci, Ellie i Gage, wprowadza się do starego domu na prowincji. Nie wiedzą, że na terenie ich sporej posiadłości leży mały cmentarzyk, na którym okoliczne dzieci urządzają pogrzeby zdechłym zwierzętom. Zaś w głębi lasu znajduje się teren, który ma moc przywracania zmarłych do życia. Ten sekret zdradzi Louisowi jego sąsiad Jud (John Lithgow), a Creed z przeklętego cmentarzyska skorzysta dwukrotnie. Najpierw, gdy przywróci do życia ukochanego kota swojej córki, potem – gdy jedno z jego dzieci zginie w tragicznym wypadku.
Scenariusz nowej wersji „” (pierwszą, bardzo nieudaną – nawet jeśli nostalgia podpowiada wam inaczej – nakręciła 30 lat temu Mary Lambert) okroił powieściową materię do niezbędnego minimum. Być może nawet za bardzo: niektóre wątki aż proszą się o rozbudowanie lub choćby pobieżne wyjaśnienie, inne – jak widmo martwego ucznia, nawiedzające Louisa – wydają się wklejone do fabuły na siłę. Ostateczny efekt przypomina raczej rozciągnięty do kinowego formatu odcinek starej „”, w którym nastrój i zaskakująca puenta są ważniejsze od fabularnej perfekcji. A jednak, głównie dzięki świetnej obsadzie i klimatycznym zdjęciom Lauriego Rose'a, „Smętarz...” pozostaje zgodny z duchem książki Kinga jako opowieść o rozpaczliwej próbie przekroczenia granicy między życiem a śmiercią. I o nieprzewidywalnych konsekwencjach, które nastąpią, gdy ta próba się powiedzie.