Tak się składa, że gdy na polskie ekrany wchodzi film luźno oparty na życiorysie najsłynniejszego seryjnego mordercy Argentyny, Carlosa Robledo Pucha o urodzie jak z obrazu Botticellego, sensacją festiwalu w Sundance okazuje się biograficzny kryminał "Extremely Wicked, Shockingly Evil, and Vile", gdzie Ted Bundy zyskuje seksowną powierzchowność Zaka Efrona. W obu przypadkach estetyzacja zbrodniarzy budzi zrozumiałe kontrowersje. Ale przecież nie od dziś kino mało kogo kocha tak, jak fotogenicznych kryminalistów.

W filmie Ortegi wyidealizowaniu ulega nie tylko cherubinowe oblicze antybohatera, ogrywane licznymi zbliżeniami na pełne usta i burzę blond loków zmysłowego debiutanta Lorenzo Ferro. Gdy ekranowy Carlos przemierza ulice Buenos Aires w trakcie morderczej eskapady, jest jeszcze niepełnoletnim uczniem szkoły średniej, młodszym o dwa lata od swego rzeczywistego odpowiednika. Przede wszystkim jednak nie jest gwałcicielem ani porywaczem, a pierwszego zabójstwa dopuszcza się w dość przypadkowych okolicznościach. Reżyser zdaje się dobrze wiedzieć, że nawet najbardziej stylowy anturaż mógłby nie zracjonalizować w oczach widzów lekkiego, popartowego portretu zwyrodnialca, który potrafił z zimną krwią zastrzelić śpiące niemowlę.

"Jako radykalny marksista wierzył, że artysta ma prawo nabywać rzeczy w sposób, jaki mu się podoba" - to zdanie pochodzi akurat z "Blondynki" Joyce Carol Oates i opisuje Otto Osę, fotografa Marilyn Monroe, niemniej pasuje również do filmowego Anioła. Z tą różnicą, że o ile tam chodziło o parasol zabrany z tylnego siedzenia auta, o tyle Carlitos "bierze sobie" całe samochody. Lub motocykle. "Pożycza", jeździ, a następnie porzuca. Podobnie kradnie biżuterię, by potem obdarować nią dziewczynę, wciskając głodne kawałki o matczynym podarunku. Albo zachowuje błyskotki dla siebie. Bo tak. Bo lubi. W jego przypadku "byt określa świadomość" jak najdosłowniej; wszystkie kwestie duchowe są u niego pochodną materialnych. Dlaczego?

Ortega niczego nie ułatwia. Wiemy tyle, że bohater ma troskliwych, naiwnych rodziców z proletariatu, w towarzystwie których udaje grzecznego chłopca, i że akcja zawiązuje się u progu lat 70., w czasach rządów wojska i buntu młodzieży, organizującej się w marksistowskie bojówki pod wpływem sąsiedzkiej rewolucji kubańskiej. Choć więc reżyser nie próbuje poddawać Carlitosa żadnej psychoanalizie i zachowuje pozycję obserwatora, można zakładać, że charakteryzujący ówczesną Argentynę wzrost terroryzmu, na kilka lat przed powrotem lewicowych peronistów do władzy, nie pozostaje bez wpływu na formującą się dopiero tożsamość socjopaty. "Czy wszyscy oszaleli?", pyta on w pewnym momencie samego siebie. "Nikt już nie pragnie być wolnym?".

Zasadniczo jednak Carlitos jawi się jako jednostka apolityczna, a jego rebelia wymierzona jest, jak to zwykle bywa u małolatów, w konserwatywne społeczeństwo i dorosły świat zakazów. Typowe dla wieku jest też u bohatera abstrakcyjne pragnienie wolności i działanie wbrew regułom dla samego dreszczyku emocji. Tyle tylko że nasz zbuntowany Anioł doprowadza te nastoletnie idee do ekstremum. I nie widzi w tym absolutnie nic złego, w końcu w jego oczach "szaleni" to inni.

Androgyniczny degenerat nie mieści się jednak nie tylko w normie społecznej, ale i płciowej. Kiedy po szkolnej prowokacji nawiązuje bliższą znajomość z diablo przystojnym, dandysowatym Ramónem (Chino Darín), ich kumpelsko-kryminalna relacja szybko ewoluuje w stronę homoerotycznej wersji Bonnie i Clyde'a. "Wyglądasz jak Marilyn Monroe", rzuca Ramón do kompana, gdy ten przymierza kolczyki podczas napadu na sklep jubilerski. Ale Carlitos woli porównanie do Evity Perón lub własnej matki - takimi wtrętami reżyser zarówno subtelnie rozsiewa socjopolityczne tropy, jak i otwarcie igra z toksycznie maczystowską kulturą południowców.

Wybujała i niejednoznaczna seksualność Carlitosa oddziałuje na wszystkich wokół, nie wyłączając patologicznych rodziców Ramóna, wynaturzonych niczym familia z "Królestwa zwierząt" Davida Michôda. Nieprzypadkowo jednak jedynie bezpruderyjna matka jest w stanie nawiązać z kolegą syna jawny flirt. Mężczyźni u Ortegi, mocno zakorzenieni w homofobicznym świecie, z nieodłącznymi spluwami służącymi za przedłużenie męskości, ewidentnie nie radzą sobie z nieoczywistymi uczuciami. Co najwyżej mogą pragmatycznie dać sobie "obciągnąć", jak spragniony sławy Ramón, który wykorzystuje w ten sposób telewizyjną szychę i łapie się do muzycznego talent show.

Jest w zbrodniczej odysei Ortegi coś z malowniczego ekscentryzmu Almodóvara, producenta filmu, zaś jeszcze więcej z Tarantino czy Scorsesego - piękni ludzie robią brzydkie rzeczy w rytm przebojowych retromelodii, dialog tnie jak nóż, a walory produkcyjne stoją na najwyższym poziomie. Trudno nie dać się uwieść - mimo wątpliwości etycznych. Ale one są częścią tej gry.

"Anioł", Argentyna / Hiszpania 2018, reż. Luis Ortega, dystrybucja: Best Film