Żuławskiemu udało się to, na czym dotychczas wywracali się adaptatorzy Gombrowicza w kinie ("Ferdydurke" w reżyserii Jerzego Skolimowskiego i "Pornografia" w reżyserii Jana Jakuba Kolskiego), ale i w teatrze. Twórca "Kosmosu" obronił ekscentryzm pisarza, wpisując tę postawę w okręg zwyczajności. To, co ekstraordynaryjne na ekranie, staje się ordynarnością wcieloną. Zwyczajnością do potęgi.

"Kosmos" Żuławskiego oglądałem po raz pierwszy wiele miesięcy temu, pokazany i nagrodzony jeszcze w ubiegłym roku na festiwalu w Locarno, nie stał się może wielkim wydarzeniem w skali międzynarodowej, ale wśród entuzjastów twórczości Żuławskiego, a tych nie brakuje zwłaszcza we Francji, zyskał status pozycji wybitnej. "Kosmos" to wzorcowy przykład kina do wielokrotnego oglądania, a każde kolejne spotkanie z tym filmem otwiera inną perspektywę. Inaczej patrzy się na "Kosmos" w powiązaniu z literaturą Gombrowicza en bloc, inaczej zaś w oderwaniu od tekstów autora "Ferdydurke", kolejny trop interpretacyjny podsuwa szalenie satysfakcjonująca kinofilsko pajęcza sieć powiązań "Kosmosu" z twórczością samego Żuławskiego (nawiązania do "Najważniejsze to kochać", "Opętania", wkomponowane w tok narracji dialogi z "Wierności", ale i liczne cytaty z prozatorskich utworów reżysera). Ten ostatni szlak analityczny jeszcze dotkliwiej uwiarygadnia tezę, że "Kosmos" w założeniu był wymyślony jako swoiste podsumowanie twórczości autora "Trzeciej części nocy".

Dla mnie ostatni film Żuławskiego stał się jednak przede wszystkim partnerskim ekwiwalentem krnąbrnej literatury, jednym z najciekawszych odczytań prozy w kinie ostatnich lat. Dzięki "Kosmosowi" sam wróciłem znowu do Gombrowicza, tego Gombrowicza, który stał się niegdyś objawieniem mojej licealnej samotności, studenckiej towarzyskości, dojrzałej niemocy jako jedynej postawy wobec siły i brawury tej prozy. Czytam właśnie wypisy z "Dzienników" Gombrowicza: – Na powierzchni wszystko jest, powtarzam, niezwykle solidne, ale istnieją piwnice i w tych piwnicach rzeczywistość dostaje się im w ręce, jak królik laboratoryjny, jak guma, którą się urabia, prawie, można by powiedzieć, przemienia się w coś wytwarzanego, jak każdy inny produkt.

I o tym właśnie jest "Kosmos" Żuławskiego – zadziorna błazenada na serio opowiadająca o studencie, który zamieszkał w pensjonacie, i o wróbelku powieszonym na drucie, i o ustach z zajęczą wargą... – Trochę z miłości, z gwałtownej namiętności – drwił Gombrowicz. Drwina Żuławskiego jest jednak inna. Przenosząc "Kosmos" z Polski do Portugalii, z przeszłości do teraźniejszości, odkrywa solidne fasady moralności i przyzwoitości, które przedrzeźnia martwy wróbelek. Żuławski, idąc za Gombrowiczem, ale jednocześnie z nim polemizując, obnaża fasadowość tego świata, wywala na wierzch to, co kryją wszystkie piwnice. Królik laboratoryjny jest truchłem królika, porządne rodziny nie przestrzegają higieny: ani moralnej, ani cielesnej, mają za to nieporządne myśli. A wolność jest tak naprawdę ucieczką od wolności, skorupą z konwenansu i poprawności. Mówimy o wolności, paplamy o tym, wycieramy sobie wolnością gębę, a przecież to pojęcie czysto abstrakcyjne, nieistniejące. – Wmawiać nam, że jesteśmy wolni, nam, ofiarom, męczennikom, niewolnikom, po uszy w chorobach, nałogach, żądzach, zawsze, w kieracie, w znoju, w strachu, zagonionym, zahukanym? Doświadczamy najohydniejszej niewoli od wczesnego ranka do późnego wieczora... – pisał Gombrowicz w "Dzienniku". Andrzej Żuławski pokazał, że wolnością może być gest artystycznej albo cywilnej odwagi. Jeden dyndający martwy wróbelek wobec kosmosu.

Kosmos | Francja, Portugalia 2015 | reżyseria: Andrzej Żuławski | dystrybucja: Bomba Film | czas: 103 min