Dziennik Gazeta Prawana logo

"Eisenstein w Meksyku": Amadeusz dla ubogich. RECENZJA filmu Petera Greenawaya

15 lutego 2016, 00:10
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Eisenstein w Meksyku
Eisenstein w Meksyku/Media
O nowym Greenawayu zapomina się dziesięć minut po seansie.

Film Siergieja Eisensteina "!Que viva México!" obejrzałem po raz pierwszy w kinie, na dużym ekranie. W telewizji takich filmów się nie pokazywało (i nie pokazuje nadal), internetu jeszcze nie było, a na kasetach VHS nikt nie wydawał Eisensteina, dominowali "Rambo", "Rocky" i Van Damme – zupełnie inny repertuar. "!Que viva México!" (Niech żyje Meksyk!), ów tragiczny, bo niedokończony utwór geniusza kina, zrobił wtedy na mnie kolosalne wrażenie. Eisenstein pojechał do Meksyku, żeby stworzyć wizualne arcydzieło. I to w dużym stopniu się powiodło. Zdjęcia stałego operatora Eisensteina, Edouarda Tissego, były zarówno zmysłowe, jak i brutalne. Na zawsze zostały we mnie z tamtego seansu sceny meksykańskiej korridy, religijnego misterium z okazji święta Matki Bożej z Gwadelupy, wreszcie wstrząsająca sekwencja, w której młodzi plantatorzy zostają zakopani w ziemi po szyję i stratowani przez konie.

To w gruncie rzeczy tragiczna opowieść. Ponad sto lat temu, pod koniec lat 20. ubiegłego wieku, autor "Pancernika Potiomkina" i "Strajku" wyruszył do Hollywood, gdzie miał zrealizować duży film dla studia Paramount. Jednak, jak to bywa w Ameryce, rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana. Kiedy kolejne projekty Eisensteina upadały, reżyserem zainteresował się słynący z prokomunistycznych sympatii i bardzo popularny również w Rosji radzieckiej pisarz Upton Sinclair. Dzięki niemu Eisenstein rozpoczął zdjęcia do kilkuwątkowej sagi o Meksyku. To jednak historia bez happy endu. W trakcie zdjęć finansowanie "!Que viva México!" zostało wstrzymane, a niedokończony film trafił do USA. Dla reżysera była to życiowa porażka. Dopiero 30 lat po śmierci Eisensteina materiał opracował i zmontował na nowo Grigorij Aleksandrow – twórca komedii "Świat się śmieje".

Historia sama w sobie na film, ale dla Petera Greenawaya, twórcy, które dobre artystycznie lata ma od dawna za sobą, liczą się tylko dobrze sformatowane pseudointelektualne żarciki. W "Eisensteinie w Meksyku" reżysera nie interesowało ani fenomenalne, poronione dzieło, ani sam artysta. Brytyjski piewca śmierci kina znowu wraca do bezpiecznych rejestrów, którymi zadziwił filmowy świat 35 lat temu w "Kontrakcie rysownika" czy w "Zet i dwa zera". "Eisenstein w Meksyku" to powtórka z Greenawayowskich powtórek. Matematyka zderzona z ciężką fizycznością, kino jako rebus, w którego rozwikłaniu pomagają filozofia, cielesność i wizualna strona filmowego spektaklu. Tyle że dawną świeżość spojrzenia zastąpiły pycha i egocentryzm, za którymi nic już nie stoi.

Twórca "Ksiąg Prospera" dowodzi, że przyczyną klęski Eisensteina w Meksyku była homoseksualna inicjacja reżysera z jego przewodnikiem i opiekunem, seksownym Palomino Canedo (Luis Alberti). Teza jak teza, nic specjalnie odkrywczego. Homoseksualizm twórcy "Października" od dawna nie jest tabu, wiadomo też, że jego udane małżeństwo z Pierą Ataszewą było oparte na przyjaźni i porozumieniu duchowym, nie na seksie. Greenawaya nie interesują jednak żadne subtelności, kompletnie nie radzi sobie także z formą. Meksykańskie pejzaże w obiektywie Reiniera van Brummelena czasami wyglądają jak plan latynoskiej telenoweli (plenery), czasami jak pusty konceptualizm geometryczny (wnętrza). Elmer Bäck zagrał Eisensteina idiotę, kogoś w rodzaju Amadeusza – tego z filmu Formana – w wersji dla ubogich. Rozkrzyczane duże dziecko z dużym brzuchem oraz chętnie eksponowanym podbrzuszem – i jeszcze większym ego. Ani śladu charyzmy, głębi, czegokolwiek, co mogłoby sprawić, że chociaż na moment moglibyśmy uwierzyć, iż ten irytujący stary, sprośny i rozkapryszony dzieciak stworzył liczne arcydzieła i wypracował język kina, którym de facto posługujemy się do dzisiaj. Twórca "Potiomkina" nie może zaprotestować ani się obronić, ale jego filmy – w przeciwieństwie do "Eisensteina w Meksyku" – zostaną.

Eisenstein w Meksyku | Holandia, Meksyk, Francja 2015 | reżyseria: Peter Greenaway | dystrybucja: Bomba Film | czas: 105 min

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj