Reklama

Miało się wrażenie, że jest wszędzie. W budynku telewizji, na przystanku metra albo na malutkim, prowincjonalnym festiwalu. A chociaż znał chyba wszystkich, każda rozmowa z nim sprawiała wrażenie, jakby Piotr mówił specjalnie dla nas, w jakiś szczególny sposób nas tym wyróżniając. Pamiętam zwłaszcza moje ostatnie, jak zwykle zbyt krótkie rozmowy z reżyserem, bohaterem "Nieobecności". Na kilka tygodni przed śmiercią Piotra spotkałem go na warszawskim przystanku: deszcz przeszedł w śnieg, a my staliśmy tak bez parasoli, zmoknięci, nie mogliśmy się rozstać. – No, dobrze jeszcze pięć minut, jeszcze kwadrans. Mówiliśmy o teatrze Witkacego w Zakopanem, o Różewiczu, o pokrętnej polityce TVP. Wcześniej siedzieliśmy obok siebie na "Nightwatching" Greenawaya i nie mieliśmy wobec brytyjskiego twórcy żadnej litości. – Jak można tak nie szanować widza – szeptał mi Piotr. I dodawał: – I nienawidzić kina. Dla reżysera, twórcy "Pory na czarownice" i "0-1-0", było to największe wykroczenie. Bo Piotr Łazarkiewicz kochał kino. I kochał ludzi. Film jego żony, Magdaleny Łazarkiewicz, jest pięknym dowodem tej zdublowanej miłości.

To dokument o stałej obecności w nieobecności, bo przecież nie zapominamy o Piotrze. Ciągle wspomina się go przy różnych okazjach. Obraz Łazarkiewicza, który wyłania się z filmu jego żony, to postać artysty czującego powinność doświadczania losów innych artystów, ludzi o odrębnych temperamentach czy gustach, nie dlatego żeby pasożytować na ich życiorysach, ale by ułatwiać im rozwój. Nie sobie, właśnie im.

W wypowiedziach na temat Piotra Łazarkiewicza pojawia się wspólny motyw: jego bezinteresowny zachwyt cudzym talentem, osobnością, brak jakiejkolwiek zawiści czy zazdrości. Telefony od Piotra, rozmowy z nim, imprezy u Łazarkiewiczów, wspieranie w kłopotach domowych, rady w sprawach zawodowych – to była środowiskowa codzienność. Wspierał aktorów, duchy niepokorne. Jako jeden z nielicznych polskich twórców naprawdę lubił również nas, krytyków. To właśnie Łazarkiewicz był jednym z pomysłodawców Nagrody im. Krzysztofa Mętraka.

Żył chyba ponad miarę. Spieszył się zawsze, ale paradoksalnie zawsze miał dla każdego czas. Pośpiech to pewnie natura domagająca się od Piotra "nażycia" się ponad stan, skoro jego czas był ściśle ograniczony, uwaga na innych stanowiła zaś immanentną część osobowości. Myślę, że dla Magdy Łazarkiewicz to musiał być trudny projekt. Trudny, ale być może konieczny. W filmie mówi, że Piotr wraca do niej jako energia, jego obecność w życiu żony to wciąż wartość stała, zmienił się jedynie model. Dzisiaj to obecność w nieobecności. Rozmowa dwojga kochających się ludzi bez słów.

Łazarkiewicz znalazła chyba najlepszy z możliwych kluczy do pokazania fenomenu i formatu postaci, jaką był Piotr. Dokument został zbudowany z wypowiedzi jego bliskich: rodziny, aktorów, przyjaciół; z fragmentów filmów i spektakli telewizyjnych, etiud szkolnych i domowych materiałów wideo. Film bez formalnych fajerwerków, bez dodawania bohaterowi cech, których nie posiadał. Wyjątkowością Piotra Łazarkiewicza była przecież zwyczajność, uważność, ale i wyczuwanie wszystkich asynchronów. Potrafił bezbłędnie ocenić postawę człowieka, wiedział, kto i dlaczego fałszuje, a w swoich komentarzach bywał surowy. Magdalena Łazarkiewicz nie wystawiła mężowi pomnika, ale nakręciła dokument, z którego by się ucieszył. Czuły, ale nie sentymentalny, ciepły i dowcipny, ale pozbawiony kokieterii. Wygląda jak najlepszy film Piotra Łazarkiewicza. Film, jakiego nie zdążył nakręcić.

Nieobecność | Polska 2014 | reżyseria: Magdalena Łazarkiewicz | dystrybucja: Żółty Szalik | czas: 66 min | w kinach od 11 marca