"Leningrad Cowboys" spotykają w Hawrze "Człowieka bez przeszłości". Wszystkie tytuły z filmografii Kaurismäkiego korespondują ze sobą na zasadzie podobieństwa przeciwieństw. Finlandię można odnaleźć w Paryżu, bo ludzie z cienia są wszędzie podobni. W "Człowieku z Hawru" spotkamy podobne typy, co we wcześniejszych tytułach reżysera. Tym razem to dobry pucybut, jego wyrozumiała żona, wierny psiak wabiący się Łajka. Jest także szlachetny detektyw, zapomniana gwiazda rocka oraz nieco zagubiony w świecie czarnoskóry chłopiec. Wszyscy uśmiechnięci i czyści. Na ciele i duszy.

Aki Kaurismäki pokazuje lepszą podszewkę życia maskującą gorsze predylekcje, zamiary, zachowania. W "Człowieku z Hawru" świat jest dobry, ludzie pomocni i wielkoduszni. Nic dziwnego, że filmowy plaster miodu łatwo, trochę zbyt łatwo, przyjmujemy za pewnik. Rozgrzesza sumienia.

Kino fińskiego reżysera zaludniają niegroźni ekscentrycy. Są wzruszający, zdziwaczali, często sfiksowani. Jednak o ile rzeczywistość portretowana przez Kaurismäkiego we wcześniejszych głośnych filmach w rodzaju "Dryfujących obłoków" czy w "Dziewczyny z fabryki zapałek" nastrajała raczej do niewesołych przemyśleń, o tyle w "Człowieku z Hawru" chodzi o pełną afirmację życia.

"Człowieka..." ogląda się bardzo dobrze. W warstwie intertekstualnej najnowszy film Kaurismäkiego jest pięknym hołdem złożonym klasyce francuskiego kina z lat 50. ubiegłego wieku, ale także ukłonem dla twórczości Marcela Carné, René Claira, François Truffauta czy Jeana Vigo. Nieprzypadkowo główny bohater ma imię Marcel (dla Kaurismäkiego Carné jest największym mistrzem światowego kina), a w jednej z drugoplanowych ról, złego sąsiada, oglądamy bardzo postarzałego Jean-Pierre Léauda, aktorską ikonę Truffauta.


Ukłonem w stronę francuskiej klasyki jest także wizualna forma filmu. Wędrując po portowych uliczkach Hawru z towarzyszeniem kamery Timo Salminena, stałego współpracownika Kaurismäkiego, czujemy się, jakby czas stanął w miejscu. Nic się nie zmieniło. Te same portowe dziewczyny, a potem portowe matrony, wyczekują swoich mężczyzn w identycznych sukienkach, co w 1954, 1962, 1973 roku. Ich domki są skromne i zapyziałe, sklepiki wyłącznie domowe, żadnych telewizorów, supermarketów, laptopów. Chociaż akcja filmu rozgrywa się współcześnie, nikt nie używa podstawowych gadżetów współczesności. Luksus nie ma bowiem żadnego znaczenia, ważniejsze jest poczucie sensu. Marcel Marx zarabia dokładnie tyle, żeby w spokoju przetrwać do pierwszego. Jest pucybutem. Żadna praca nie hańbi. Wystarczy skromny posiłek, anemiczny uśmiech uwielbianej żony oraz lampka portowego wina po pracy. Nawet jeżeli Marx kupuje bagietki na kredyt, wiadomo, że kiedyś odda pieniądze. Bezwarunkowy kredyt zaufania jest bowiem jednym z jego największych sukcesów. Wyrozumiały letarg Marcela nie może trwać wiecznie, dlatego Kaurismäki wprowadza kolejne wątki chwilowo burzące nastrój wiecznej sielanki. Żona Marcela zaczyna chorować, pojawia się przewieziony w kontenerze chłopiec z Afryki, który zostanie deportowany, jeżeli nie odnajdzie rodziny w Anglii. Marcel z pomocą sąsiadów zrobi wszystko, żeby pomóc dzieciakowi.

Aki Kaurismäki uprawia własną odmianę kina społecznego. Bardzo daleką od bezkompromisowości Kena Loacha, empatii Mike’a Leigh czy gwałtowności Fernando Meirellesa. Fiński reżyser nadal wierzy w socjalny porządek rzeczy. Wszelkie kryzysy mijają, ludzie zostają. To dobrzy ludzie. "Człowiek z Hawru" jest zatem pocieszającą balladą o wspólnocie. Nawet jeżeli to jedynie szlachetna utopia, wierzymy w nią bez zastrzeżeń. Lepsza wersja nas samych.

CZŁOWIEK Z HAWRU | Finlandia, Francja, Niemcy 2011 | reżyseria: Aki Kaurismäki | dystrybucja: Gutek Film | czas: 93 min