Hollywood się przed nimi ugięło. I nie chodzi tu o branżowe nagrody, Oscary za "To nie jest kraj dla starych ludzi" – statuetki należały się im (i Jeffowi Bridgesowi) już za "Big Lebowskiego", zaś uhonorowanie scenariusza "Fargo" to o wiele za mało. Akademia powinna obsypywać nagrodami każdy ich film. I jak sądzę, właśnie doszliśmy do tego etapu – niech mnie koń kopnie, jeśli "Prawdziwe męstwo" nie zgarnie w tym roku ze dwóch Oscarów.

Prawdziwą miarą zwycięstwa Coenów nad branżą jest jednak fakt, że ich najnowszy film sfinansował sam Steven Spielberg, hollywoodzki oligarcha w najlepszym tego słowa znaczeniu. A oni wzięli kasę i zrobili całkowicie antyhollywoodzkie kino. Po swojemu, z irytującą pewnością, że wiedzą i potrafią lepiej. I trudno z nimi na ten temat polemizować.

Podobnie jak z bohaterką "Prawdziwego męstwa" wyszczekaną 14-letnią Mattie Ross (nominowana do Oscara debiutantka Hailee Steinfeld), która w środku mroźnej zimy 1870 roku opuszcza dom oraz matkę z dwójką młodszego rodzeństwa, by na indiańskich terytoriach Oklahomy ścigać zabójcę ojca i dokonać nań słusznej pomsty. Wygranie słownej potyczki z Mattie nie uda się ani szczwanemu kupcowi (Dakin Matthews), ani pewnemu siebie strażnikowi Teksasu o nazwisku La Boeuf (Matt Damon), ani nawet cynicznemu, zimnemu i pozbawionemu litości stróżowi prawa Roosterowi Cogburnowi (również nominowany Jeff Bridges), którego Mattie wynajmuje w celu wytropienia mordercy Toma Channeya (Josh Brolin).


Ożywiający ją biblijny gniew – wspierany stosownymi bon motami, jak ten, że na świecie nie ma nic za darmo, oprócz łaski boga – oraz nieugięta wola i żelazna logika, którą się posługuje, czynią z Mattie bohaterkę wyłamującą się z gatunkowych ograniczeń westernu. Ba! Równych jej siłą, determinacją i niezależnością kobiecych postaci w ogóle ze świecą szukać w hollywoodzkim kinie, choć u Coenów pewnie by się jakaś znalazła – weźmy policjantkę oscarowo zagraną przez Frances McDormand w "Fargo".

Choć igrają z westernową konwencją, Coenowie nie nakręcili jednak antygatunkowego manifestu w stylu Sama Peckinpaha. To wciąż klasyczna opowieść o Dzikim Zachodzie, tylko mądra.

Sposób, w jaki przenoszą na ekran wydaną w 1968 roku prześmiewczą powieść Charlesa Portisa, charakteryzuje wierność – duchowi oryginału oraz sobie. Wystarczy porównać film Coenów z pierwszą ekranizacją, nakręconą w rok po premierze książki z groteskowym w roli Cogburna Johnem Wayne’em, któremu ta kreacja przyniosła zupełnie niezasłużonego Oscara. Ocierający się o farsę i schlebiający gustom publiczności film był anachroniczny już w momencie wejścia na ekrany, zwłaszcza że debiutował w kinach ledwie tydzień po "Dzikiej bandzie" Peckinpaha.


Coenowie, choć budują "Prawdziwe męstwo" na rewelacyjnie skrojonych postaciach i dowcipnych, wykręcających język dialogach – w większości napisanych w ten sposób przez Portisa i wspaniale oddanych przez niebywale utalentowaną obsadę – nie tracą poważnego tonu. To nie jest komedia, to nie jest farsa, to nie jest żart. To gorzka opowieść o zemście traktowanej jako religia i o kosztach, które ponosi oddany jej pojedynczy człowiek, a także społeczeństwo zbudowane na takim fundamencie. O tak, Coenowie znów diagnozują Amerykę, dobierając się do jej założycielskich mitów. Jak zbudowano Dziki Zachód? A co przy okazji stracono na zawsze? Oto pytanie, z którym nas zostawią.

I to naprawdę wszystko, co nam dadzą, bo konsekwentnie odzierając swoją historię z wszelkich cieni romantyzmu, zeskrobując zeń mięso aż do kości, na końcu odbiorą nam nawet uczucie katharsis z powodu szczęśliwego zakończenia. Nie ma szczęśliwych zakończeń i nie ma nic za darmo, kochane dzieci, oprócz łaski boga. A wiecie, na jakim koniu łaska pańska jeździ. Właśnie.

PRAWDZIWE MĘSTWO | USA 2010 | reżyseria: Ethan Coen, Joel Coen | obsada: Jeff Bridges, Matt Damon, Hailee Steinfeld, Josh Brolin | dystrybucja: UIP | czas: 110 min