"Kiedy się zaprzyjaźniliśmy, śmialiśmy się, że pamiętam ścieżki dźwiękowe, których on sam nawet nie pamięta, że je stworzył" – wspomniał niedawno Giuseppe Tornatore w rozmowie z New Europe. W tych żartach było ziarenko prawdy, ponieważ muzyka Ennia Morricone towarzyszyła reżyserowi od dzieciństwa. Jako ośmioletni chłopiec oglądał spaghetti westerny. Największe wrażenie zrobiła na nim ścieżka dźwiękowa do "Za garść dolarów" Sergia Leone. Odkąd dowiedział się, że jej autorem jest Morricone, bacznie śledził jego twórczość. W drugiej połowie lat 80. Giuseppe właśnie oddał publiczności swój pełnometrażowy debiut fabularny "Kamorysta" i rozpoczął poszukiwania kompozytora do kolejnego filmu "Cinema Paradiso". Wtedy drogi jego i Ennia po raz pierwszy przecięły się. Młody twórca nie do końca wiedział, czego chce. Postanowił zdać się na instynkt mistrza. Efekty przeszły jego najśmielsze oczekiwania. Film zdobył szereg najważniejszych nagród i został okrzyknięty jednym z najpiękniejszych obrazów w historii kina.

Reklama

Tak rozpoczęła się wieloletnia przyjaźń i współpraca Tornatore i Morricone. Kiedy tylko reżyser wpadał na pomysł kolejnego filmu, Ennio był pierwszą osobą, której o nim opowiadał, a ten natychmiast dzielił się z nim swoimi muzycznymi skojarzeniami. O kinie i muzyce mogli rozmawiać godzinami - także podczas spotkań towarzyskich. "To była tak piękna relacja, że mógłbym określić ją jako najważniejszy przywilej w moim życiu zawodowym i nie tylko. Dlatego tak trudno mi ją opisać. Właściwie od razu nawiązaliśmy nić porozumienia, a później ta relacja wzrastała dzięki wzajemnemu zaufaniu i – mam nadzieję - sympatii. Krótko mówiąc, współpracowaliśmy przez ponad 30 lat i w pewnym momencie stało się to już zwyczajem. Tworzyliśmy razem, ręka w rękę. Czasami już sam fakt, że Ennio pozwalał mi słuchać swoich kompozycji, dodatkowo motywował mnie do pisania scenariusza" – przyznał reżyser w wywiadzie udzielonym Italian Post.

Reklama

Film prosto z serca

Ennio Morricone był mistrzem dla wielu, ale tylko Tornatore podziękował mu w taki sposób. Nie ulega bowiem wątpliwości, że - nawet jeżeli pomysł na dokument wyszedł od producentów - "Ennio" nie jest zwykłym zleceniem, ale filmem prosto z serca. Nie mogło zresztą być inaczej, ponieważ sam bohater był nieśmiałym, skromnym człowiekiem, który nigdy nie otworzyłby się przed kimś, kogo nie obdarzył zaufaniem.

Reklama

Dzięki Tornatore już w początkowej sekwencji filmu możemy zajrzeć do imponującego gabinetu kompozytora, pełnego książek, nut i artystycznego chaosu. Dowiadujemy się, jak tworzył – na kartce, z dala od instrumentu. Nie potrzebował go, bo doskonale potrafił wyobrazić sobie dźwięki. "Ilekroć o nim myślę, widzę go w akcie pisania. Miałem szczęście obserwować Ennia piszącego w różnych okolicznościach i byłem pod wrażeniem szybkości jego pracy, tego, jak łatwo mu to przychodzi. Wyglądało to trochę tak, jakby nie pisał, a jedynie przepisywał muzykę, którą miał już skomponowaną w głowie. Sam akt pisania wydawał się po prostu przeniesieniem dźwięków z jednego nośnika na drugi. Tylko to może wyjaśnić jego szybkość. Każdy, kto widział go podczas pracy, był zdumiony" – opowiadał Tornatore w Italian Post.

W "Enniu" Morricone wspomina swoje dzieciństwo, naukę w Konserwatorium św. Cecylii, moment wkroczenia do świata filmu i telewizji, a później kolejne realizacje. Jego wspomnieniom towarzyszą wypowiedzi twórców filmowych i muzycznych, wśród nich Bernarda Bertolucciego, Daria Argento, Clinta Eastwooda, Bruce’a Springsteena, Hansa Zimmera, Johna Williamsa, Quentina Tarantino i Pata Metheny’ego. Tornatore udzielił również głosu tym, którzy zazwyczaj są na dalszym planie. "Chciałem porozmawiać też z tymi skromniejszymi osobami, jak inżynier dźwięku, kierownik produkcji, technicy itd. Zależało mi, żeby wszystkie te głosy składały się na jeden możliwie jak najbardziej kompletny obraz. Kiedy skontaktowałem się z Quentinem Tarantino w sprawie wywiadu, zaprosił mnie na plan swojego nowego filmu. Wszyscy ci ludzie byli chętni do rozmowy. To uświadomiło mi, jak ważny był dla nich Morricone. Współpracowałem z nim przy 11 filmach, ale nawet ci, którzy nie spędzili z nim tyle czasu, co ja, opowiadali o nim z wielką miłością i szacunkiem" – podkreślił reżyser, cytowany przez portal Variety.

Światowa premiera "Ennia" odbyła się we wrześniu ub.r. podczas festiwalu w Wenecji. Włoski kompozytor nie doczekał premiery. Zmarł 6 lipca 2020 r. w wieku 91 lat. Tornatore pracował akurat nad montażem. Pytany przez New Europe jak śmierć mistrza wpłynęła na kształt jego filmu, przyznał, że sam obraz się nie zmienił, ale "zmieniła się perspektywa". "Spędzanie z całych dni z Enniem, cięcie jego wypowiedzi i montowanie scen spowodowało, że czułem się tak, jakbym wymazywał ze świadomości, że jego już nie ma. Uświadomiłem sobie, że wolę używać w dokumencie czasu teraźniejszego i nie chcę w ogóle nawiązywać do jego śmierci. Towarzyszyło mi przekonanie, że dzięki swojej muzyce osiągnął pewną formę nieśmiertelności i dokument musi to uszanować. Już sam tytuł +Ennio+, który jest tak znajomym brzmieniem, przywraca do teraźniejszości, stanowi próbę uniknięcia komunikowania o nieobecności" – stwierdził reżyser.

Dokument "Ennio" zrealizowano w koprodukcji włosko-belgijsko-holendersko-japońskiej. Obraz można oglądać już w polskich kinach. Jego dystrybutorem jest Best Film.