Prezentowany w konkursie głównym canneńskiego festiwalu "IO" to współczesna interpretacja - zaliczanego do klasyki kina francuskiego - filmu "Na los szczęścia, Baltazarze!" Roberta Bressona z 1966 roku. Tytułowym bohaterem jest osiołek, który występuje w cyrku z młodą artystką o pseudonimie Kasandra (w tej roli Sandra Drzymalska). Dziewczyna troskliwie się nim opiekuje, a IO darzy ją bezwarunkową miłością. Niestety, kiedy po demonstracji przeciwników wykorzystywania zwierząt do cyrku wkraczają komornicy, owa dwójka musi się rozdzielić. Osiołek trafia do stajni, a później jeszcze kilkakrotnie zmienia właścicieli. Pewnego wieczoru niespodziewanie odwiedza go Kasandra, która – pamiętając o jego urodzinach - przynosi IO ciastko marchewkowe. Po chwili jednak odjeżdża, poganiana przez Zioma (Tomasz Organek). Zwierzę tęskni za nią i postanawia ją odszukać. Ucieka z gospodarstwa, gubi się w lesie, a następnie zostaje na chwilę przygarnięte przez grupę kiboli. W dalszej części wędrówki osiołek trafia pod opiekę kierowcy tira (Mateusz Kościukiewicz) i włoskiego księdza (Lorenzo Zurzolo), który zabiera go do posiadłości hrabiny (Isabelle Huppert).

Reklama

"IO" Jerzego Skolimowskiego to gorzka, ale pełna humanizmu opowieść o miłości zwierzęcia do człowieka i o tym, jak ludzie traktują zwierzęta. Jak ten film spotkał się z twoją postawą wobec dzisiejszego świata, w której wiele jest niezgody na obowiązujący stan rzeczy?

Tomasz Organek: To jest film głęboko humanistyczny, bo pokazuje świat oczyma osiołka - tak niewinnej istoty. Opowiada też o tym, jak ludzie potrafią postępować – już nie tylko wobec zwierząt, ale wobec siebie nawzajem, jak okrutne są ich zachowania. Na zasadzie kontrastu mamy tu dobro, piękno i niewinność świata zwierząt oraz pełen cynizmu i obłudy świat ludzi. Bohaterowie tworzą prawdziwą paletę złych cech. Ja gram rzezimieszka, ale dość niegroźnego. Ziom jest rockmanem w skórzanej kurtce. Jeździ na motorze za Kasandrą - kobietą złamaną, która trochę się w nim podkochuje, choć kiedyś wyrządził jej krzywdę. I która jest na tyle do niego przywiązana, że z nim zostaje. Oczywiście, to przykre, że czasami człowiek nie ma wyboru i musi wybrać dla siebie mniejsze zło, żeby przetrwać.

Jerzy Skolimowski zawsze powtarzał, że "Na los szczęścia, Baltazarze!" to jedyny film, który doprowadził go do łez. Wzruszył go tak bardzo, że miał tę historię zawsze w sobie. I zawsze chciał zrealizować film inspirowany tamtą opowieścią. Muszę przyznać, że "IO" jest tak samo poruszający jak dzieło Roberta Bressona, bo jest aktualny i w drastyczny sposób pokazuje stosunek człowieka do otaczającego świata. Zło w czystej postaci dzieje się tu i teraz. Nie trzeba szukać daleko. Przypomina nam o tym choćby wojna w Ukrainie i wspaniałe, poruszające wystąpienie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego podczas otwarcia festiwalu w Cannes. Dobrze, że o tym się mówi.

Występ w filmie Jerzego Skolimowskiego był prezentem od losu? Czy raczej naturalną konsekwencją tego, że jako artysta szukasz nowych form ekspresji?

Reklama

To jest dar od losu. Mały epizodzik, w który udało mi się wskoczyć zupełnie niespodziewanie. Źle to zabrzmi, ale wszystko dzięki temu, że od kilku lat mam przyjemność i honor znać Jerzego i Ewę (Piaskowską, współscenarzystkę i współproducentkę filmu - PAP). Połączyła nas praca przy teledysku do mojej piosenki "Czarna Madonna", w którą wcieliła się Kora. Jeszcze wcześniej miałem okazję pracować z Jerzym przy jego poprzednim filmie "11 minut". Dogrywałem tam trochę muzyki. Tak jak w przypadku tego obrazu, całość skomponował Paweł Mykietyn. Można więc powiedzieć, że poznaliśmy się przy "11 minutach", ale nasza znajomość rozwikła podczas pracy nad teledyskiem. To był dla nich naturalny odruch. Gdy tylko pojawiła się postać Zioma, od razu wykrzyknęli: "Eureka! Przecież to jesteś ty, musisz to zagrać". Zapytali, czy umiem jeździć na motorze. Umiem, więc zostałem Ziomem.

Reklama

Jesteś artystą, którego nie można zaszufladkować. Także Jerzy Skolimowski podąża w życiu własną drogą. Szybko powstało między wami porozumienie?

Tak. Podczas realizacji "11 minut" dostałem telefon z informacją, że Jerzy chce wykorzystać mój utwór "O Matko" w swoim filmie, więc mam szybko przyjechać do studia. Pamiętam, że byłem akurat pod centrum handlowym. Oczywiście, później okazało się, że to Ewa podsunęła mu tę piosenkę. Pojawiłem się w studiu i wszystko poszło na tyle dobrze i sprawnie, że Jerzy zaczął wymyślać mi kolejne fragmenty do dogrania. Od razu było między nami porozumienie. Bardzo dobrze nam się wtedy współpracowało i to przekłada się na obecną sytuację.

Kino Jerzego Skolimowskiego zajmowało wcześniej istotne miejsce w twoim życiu?

Tak. W ogóle lubię polskie kino i bacznie obserwuję to, co się dzieje. Wspaniałym filmem jest "Bariera", podobnie jak "Cztery noce z Anną". Nie wspominając już o "Nożu w wodzie". "Fucha" z Jeremym Ironsem to też jeden z moich ulubionych filmów Jerzego. Mógłbym wymienić jeszcze sporo innych tytułów. Jerzy jest jednym z ostatnich żyjących twórców z wielkiego pokolenia reżyserów polskich. Wspaniale jest z nim przebywać i rozmawiać. Widać, że żyje życiem troszkę oderwanym od naszego. Jest też malarzem i aktorem, który zagrał w wielu filmach. Uważam zresztą, że zrobił to rewelacyjnie. Ma taką osobowość i energię, że po prostu wystarcza, że jest sobą. To artysta kompletny.

Jak pracował z tobą na planie?

Zdjęcia powstawały w Polsce i we Włoszech. Zwłaszcza we Włoszech pracę utrudniała pandemia. Pojawiły się problemy ze skompletowaniem ekipy, ale na szczęście wszystko się udało. Byłem na planie parokrotnie. Główne sceny nagrywaliśmy w Kotlinie Kłodzkiej. Tam najwięcej najeździłem się na motorze. Bardzo pomogła mi Sandra Drzymalska, z którą najwięcej przebywałem na planie. Jerzy przychodził i czasami tylko komentował, że albo jest dobrze albo niedobrze. Nie dawał mi szczegółowych wskazówek. Powtarzał tylko, że mam się rozluźnić, być naturalny. Chciał, żebym zapomniał o sobie i stał się gorszą, bardziej cwaną wersją siebie. Próbowałem to robić. Oczywiście, mam mnóstwo zastrzeżeń do swojej gry, ale nie jestem zawodowym aktorem. Traktuję to jako przygodę.

Praca nad rolą w "IO" była wyzwaniem?

Tak, bo - pomijając teledyski - nie pracowałem wcześniej na planie. Można powiedzieć, że złapałem bakcyla, bo to naprawdę niesamowite doświadczenie. Dopiero dzięki niemu zrozumiałem, na czym ta praca polega, dlaczego aktorzy robią to przez całe życia i nigdy im się to nie nudzi. Wcielając się w Zioma przez kilka dni, mogłem wejść w czyjeś buty. To jest chyba najtrudniejsze. Gdy udało mi się zapomnieć o sobie i powoli stawać się Ziomem – mówić jak on, wyglądać jak on – wtedy odkryłem, że coś takiego dzieje się w środku, że człowiek rzeczywiście jest tą osobą, wzrusza się, denerwuje, złości. Zaczynają targać nim emocje, które już nie są jego prywatnymi. To chyba najfajniejsze. Kiedy już zacząłem to czuć, praca szła znacznie szybciej. Aktorstwo jest uzależniające.

To doświadczenie wzbogaciło cię jako artystę?

Bardzo. Przede wszystkim było niesamowitą przygodą. Wiem, wszyscy tak mówią, ale to prawda. Jeździ się z całym planem filmowym, aktorami, produkcją, a to jest zwykle zamknięty świat, dość hermetyczna grupa, do której trudno przeniknąć, jeżeli nie uprawia się tych zawodów. Znam to trochę z mojej branży. Natomiast przebywanie ze sobą jest bardzo miłe, bo to są fantastyczni ludzie – wykształceni, oczytani, znający się na sztuce. Dzięki temu doświadczeniu dowiedziałem się czegoś o sobie. A mianowicie, że mogę być kimś innym, wcielać się w różne postacie. Oczywiście, my w ogóle to robimy w życiu, bo człowiek ma wiele oblicz. Ale taka zabawa pozwoliła mi na głębsze spojrzenie w siebie i być może jeszcze większy dystans wobec siebie. I trzecia sprawa, jestem tutaj. Wystąpiłem w filmie po raz pierwszy i od razu wylądowałem w Cannes.

Rozmawiała w Cannes Daria Porycka