Cannes ma w ostatnich latach słabość do filmów o zombie. Zaledwie trzy lata temu imprezę zainaugurowała projekcja łączącego elementy horroru i komedii "Truposze nie umierają" Jima Jarmuscha, w którym mieszkańcy Centerville byli atakowani przez powstających z grobów zmarłych. W tym roku na pierwszy ogień poszedł "Final Cut" Michela Hazanaviciusa - utrzymany w komediowym tonie hołd dla filmów z tego gatunku, remake kultowej japońskiej produkcji "Jednym cięciem" Shinichiro Uedy. Akcja rozpoczyna się na planie filmowym niskobudżetowej produkcji o zombie, która ma zostać nakręcona w jednym, półgodzinnym ujęciu. Reżyserem jest Remi (w tej roli Romain Duris), który manifestuje swoje niezadowolenie z gry aktorów. Miota się po planie, nie waha się ubliżać ekipie i zaangażować prawdziwych zombie, by w powietrzu unosił się strach. Czuje presję, by wszystko poszło zgodnie z planem. Tymczasem nic nie układa się po jego myśli. Aktor grający zombie (Finnegan Oldfield) jest tak zapatrzony w siebie, że nie przyjmuje żadnych uwag. Jedna osoba z ekipy jest alkoholikiem, inna musi nagle zrezygnować z pracy. Nawet obsadzenie w filmie własnej żony, byłej aktorki Nadii (Berenice Bejo) nie rozwiąże problemów.

Reklama

Pierwotnie film miał nosić tytuł "Z (Comme Z)", jednak Ukraińska Akademia Filmowa zaapelowała o jego zmianę. W liście, skierowanym do reżysera i organizatorów festiwalu, filmowcy przypomnieli, że "Z" jest symbolem umieszczanym na rosyjskich czołgach biorących udział w inwazji na Ukrainę. Hazanavicius przystał na ich prośbę, podkreślając, że w takich okolicznościach nie może być mowy o jakiejkolwiek dwuznaczności. "Tytuł został zmieniony na +Final Cut+. Poprzez tę decyzję reżyser, producenci i dystrybutor filmu, festiwal w Cannes, a także cały francuski przemysł filmowy wyrażają solidarność z narodem ukraińskim i potwierdzają swój sprzeciw wobec rosyjskiej inwazji na Ukrainę" – napisano w oświadczeniu.

Komedia o kulisach

Podczas środowej konferencji prasowej Hazanavicius - którego "Artysta" otrzymał w 2012 roku pięć Oscarów, w tym za film roku i reżyserię - przyznał, że od pewnego czasu nosił się z zamiarem zrealizowania komedii o kulisach realizacji filmu. "Jako reżyser zebrałem mnóstwo anegdot. Obserwowałem na planach wiele dysfunkcyjnych zachowań. Kiedy podzieliłem się moim pomysłem z producentem, powiedział, że ma dla mnie coś interesującego. Obejrzałem japoński oryginał. Bardzo spodobał mi się sposób, w jaki ta historia została złożona w całość. Uznałem, że to o wiele lepszy pomysł niż ten, nad którym pracowałem. Zrozumiałem, że właśnie tego szukałem" – zaznaczył.

Dodał, że pomysł na "Final Cut" przypomina magiczną sztuczkę. "Pracowałem ze znanymi aktorami, więc początkowo widz jest przekonany, że obejrzy dobry film. Ale 30 minut to na tyle długo, żeby przyjął postawę krytyka i zaczął zadawać sobie pytanie: czy dalej będzie równie źle? A później nagle zmienia się perspektywa – zaczyna krytycznie postrzegać swój początkowy osąd i patrzeć na film życzliwie. Uznaje, że to coś niesamowitego. Podziwia aktorów za pracę, jaką wykonali. Dostrzega, jak zgraną są grupą. To przejście od kiepskiej parodii i żartów, które nikogo nie śmieszą, do czegoś zupełnie odmiennego, naprawdę mnie zafascynowało" – stwierdził reżyser.

Reklama

Długie ujęcia wyzwaniem

Hazanavicius zwrócił uwagę, że długie ujęcia są wyzwaniem dla aktorów, bo "jeśli jedna osoba coś zepsuje, wszyscy muszą przerwać i zacząć od nowa". "Zazwyczaj aktor może popełnić błąd. Ale gdy wiesz, że może on się zdarzyć po 27 minutach, pojawia się ogromna presja, by nie zepsuć efektu. Zawsze wyobrażałem sobie, że aktorzy to uwielbiają. Już na początku zdjęć stają się zgraną ekipą, solidaryzują ze sobą nawzajem. Zdjęcia do +Final Cut+ powstawały w miejscu oddalonym o 50 km od Paryża. Spędziliśmy tam pięć tygodni. Wszyscy aktorzy byli niesamowicie zaangażowani. Tak samo było zresztą po drugiej stronie kamery, bo praca nad filmem to prawdziwa choreografia. Pracownicy zajmujący się efektami specjalnymi, charakteryzatorzy, dźwiękowcy – ciekawie było obserwować, jak wszyscy ci ludzie łączą siły" – podsumował.

Reklama

Aktorka Berenice Bejo, prywatnie żona reżysera, wspomniała, że pomysł stworzenia remake’u japońskiej produkcji początkowo trochę ją zaskoczył. "Kiedy Michel skończył pisać scenariusz, oświadczył, że tym razem nie będziemy razem pracować, bo jestem zbyt piękna. Zbyt piękna? Co to w ogóle za argument? Zdenerwował mnie. To było w trakcie pandemii, kiedy miałam wiele innych scenariuszy do przeczytania i byłam dość zajęta. Michel zachorował na COVID-19, a ja troskliwie się nim opiekowałam. Codziennie przynosiłam mu śniadanie do łóżka, gotowałam obiady, przygotowywałam kolacje. Po tygodniu agonii poprosił mnie, żebym przeczytała jego scenariusz. Zgodziłam się dość niechętnie, wypominając mu, że nawet nie zagram w tym filmie. Scenariusz wydał mi się naprawdę wspaniały. Powiedziałam mu, że to będzie coś fantastycznego i że bardzo chciałabym być częścią tego projektu. Dopiero wtedy się zgodził" – powiedziała.

"Final Cut" Michela Hazanaviciusa zaprezentowano poza konkursem. W środę na uczestników canneńskiego festiwalu czekają premiery pierwszych tytułów nominowanych do Złotej Palmy – "Tchaikovsky’s Wife" Kiriłła Sieriebriennikowa i "The Eight Mountains" Charlotte Vandermeersch oraz Felixa van Groeningena. Pierwszy z nich opowiada o małżeństwie rosyjskiego kompozytora Piotra Czajkowskiego, które było jednym z kluczowych punktów jego biografii. Decyzja o założeniu rodziny – podjęta, aby położyć kres plotkom dotyczącym jego orientacji seksualnej - spowodowała u niego poważny kryzys psychiczny. Z kolei "The Eight Mountains" to historia o przyjaźni dwóch chłopców, dorastaniu i doświadczaniu miłości i straty.

Łącznie o nagrodę główną ubiega się 21 produkcji, wśród nich także "Armageddon Time" Jamesa Graya, "Crimes of the Future" Davida Cronenberga, "Brother and Sister" Arnauda Desplechin'a, "Decision to Leave" Park Chan-Wooka, "Triangle of Sadness" Rubena Ostlunda oraz "Stars at Noon" Claire Denis.