Żadna inna gałąź gospodarki USA nie jest tak czuła na społeczne i polityczne trendy jak Hollywood. Dlatego decyzja Amerykańskiej Akademii Filmowej o wprowadzeniu nowych kryteriów, które powinny spełniać dzieła ubiegające się o Oscary, nie jest wcale zaskakującym posunięciem. Wymóg, aby przy produkcjach aspirujących do nagród zatrudniano większą liczbę kobiet, osób LGBT czy przedstawicieli mniejszości rasowych, stanowi odpowiedź na nasilające się konflikty i nierówności w amerykańskim społeczeństwie. Co jednocześnie rodzi pytania o ryzyko ograniczenia swobody twórczej i wolności słowa. W przeszłości magnaci filmowi rządzący fabryką snów nieraz dochodzili do wniosku, że są gotowi zapłacić taką cenę, jeśli stawką mają być pokaźne wpływy ze sprzedaży biletów.

Reklama

Kino na wolności

Dla twórców filmowych Hollywood miało być krainą wolności. Zaczęło się od tego, że Thomasa Edisona tak bardzo urzekł wynalazek braci Lumière, iż postanowił zagarnąć go dla siebie wraz z potencjalnymi zyskami. Co ułatwiło mu to, że w 1895 r. podobne urządzenie zbudowali w USA Charles Francis Jenkins i Thomas Armat. Edison odkupił od nich patent i tak zręcznie rozszerzył jego zakres, że w świetle amerykańskiego prawa został wynalazcą kina. Gdy nowe produkcje wchodziły na ekrany i widzowie płacili za bilety, wówczas zjawiali się pracownicy założonej przez niego Motion Picture Patents Company (MPPC) z żądaniem uiszczenia opłat licencyjnych. Producenci filmów płacili za prawo do użycia kamer, właściciele sal kinowych za posiadane projektory etc. Gdy ktoś odmawiał, MPPC wnosiła pozew do sądu, a ten orzekał zgodnie z prawem patentowym.

Wkrótce wynalazca zaczął również narzucać producentom wymagania dotyczące kręconych filmów: miały trwać maksymalnie 20 minut, bo w ocenie wynalazcy przeciętny widz nie potrafił dłużej skupić uwagi. Zaczął też ingerować w treść dzieł. „W marcu 1909 roku MPPC powołało do życia instytucję zwaną National Board of Censorship (Narodowa Komisja Cenzury) pod auspicjami People Institute” – opisuje w książce „Kinematograf kontrolowany” Anna Misiak. Złożona z przedstawicieli organizacji społecznych i religijnych komisja żądała od producentów, by ich filmy „nie nakłaniały Amerykanów do grzechu”. „Narodowa Komisja Cenzury ze względu na brak regulacji przymuszającej filmowców do przedkładania swoich produkcji do oceny, a także z powodu braku przepisów pozwalających na egzekucję decyzji, napotykała na poważne trudności” – podkreśla autorka. Problemów przybyło jej, gdy zniewoleniu młodej branży przeciwstawił się węgierski Żyd Vilmos Fried, znany w USA jako William Fox. Emigrantowi udało się zorganizować sieć konspiracyjnych kin, w których wyświetlano filmy kręcone bez edisonowskiej licencji. Kiedy po piętach zaczęli mu deptać agenci i prawnicy MPPC, Fox przeniósł interesy z Nowego Jorku do Los Angeles. W tamtejszym sądzie podważył prawa licencyjne Edisona na terenie stanu Kalifornia. Wytwórnia Fox Film Corporation uruchomiła wówczas swoje studio w dzielnicy Hollywood, inicjując coś na kształt wyspy wolności. Możliwość prowadzenia swobodnej działalności, bez konieczności uiszczania haraczu i poddawania się cenzurze, przyciągały tam kolejnych twórców. Fabryka snów urosła w siłę i gdy prawa patentowe do kina wygasły, jej prawnicy nie dopuścili, by MPPC je odnowiło. Jednak radość z triumfu nie trwała długo. Moc oddziaływania najmłodszej z muz okazywała się tak duża, że wyrosło jej grono przeciwników przekonanych, że kino zdeprawuje Amerykę i doprowadzi ją do upadku.

CAŁOŚĆ CZYTAJ W WEEKENDOWYM WYDANIU "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ" >>>>