W piątek do polskich kin wszedł filmMarianne i Leonard: Słowa miłości” - dokumentalny melodramat o Leonardzie Cohenie w reżyserii Nicka Broomfielda. Film opowiada historię miłości kanadyjskiego poety i muzyka do Norweżki Marianne Ihlen – dzięki tej relacji powstały takie piosenki jak „So Long, Marianne” czy „Bird on the Wire”.

Reklama

Poznali się w latach 60. XX w., w sklepie na greckiej wyspie Hydra – mieli wtedy po 30. lat. Leonard Cohen pojechał tam spędzić wakacje, kiedy dostał spore honorarium za napisanie książki, a Marianne Ihlen mieszkała w Grecji z kilkuletnim synem Axelem po rozstaniu z pisarzem Axelem Jensenem. „Poczułam jego wzrok całym ciałem” – relacjonowała po latach ich pierwszy kontakt wzrokowy.

Od razu nawiązał się między nimi romans. Mieli ze sobą wiele wspólnego: oboje mimo młodego wieku mieli trudną przeszłość. Leonard doświadczył bolesnych relacji z chorą psychicznie matką i wychowywał się bez ojca, Marianne ciężko zniosła ostatni związek z agresywnym mężem. Oboje też nie wierzyli w swoje możliwości, a zwłaszcza w urodę – on nie lubił patrzeć na siebie w lustrze, ona uważała, że ma zbyt okrągłą twarz. Mimo to nawzajem uważali się za „najpiękniejsze istoty, jakie spotkali w życiu”.

Pierwsze lata związku spędzili razem na Hydrze. Spacerowali po plaży, pływali, rozmawiali, żeglowali, a Leonard nawiązał świetną relację z „Małym Axelem” (tak nazywali syna Marianne) – który jako dorosły człowiek przyznał, że Cohen miał ogromny wpływ na jego wychowanie. „On był twórcą, ona muzą” – powiedział ich przyjaciel Jan Christian Mollestad. „On pisał, a ona siedziała mu u stóp” – dodał.

Cohen pracował wtedy nad książką „Piękni przegrani” („Beautiful Losers”, 1966, Wyd. Viking Press, McClelland & Stewart), pisanie mu nie szło, więc zażywał LSD. Od siedzenia w pełnym słońcu miewał gorączkę. Ihlen przynosiła mu wtedy wodę i jedzenie. „W ten sposób podtrzymywała go przy życiu” – zdradził Mollestad.

Im więcej jednak mijało czasu, tym Marianne częściej zostawała sama na Hydrze. Leonard po klęsce „Pięknych przegranych” wpadł w depresję i żeby jakoś podtrzymać się na duchu, zaczął przerabiać swoje wiersze na piosenki. Wtedy właśnie powstała piosenka „So long, Marianne”, pierwotnie funkcjonująca pod tytułem „Come on, Marianne”, która nie spodobała się tytułowej bohaterce. „Dużo bardziej czułam się związana z +Bird on a wire+, bo byłam bezpośrednio przy jej powstaniu” – powiedziała Ihlen cytowana w filmie „Marianne i Leonard: Słowa miłości”. Działo się to, kiedy na Hydrze po raz pierwszy pojawiła się elektryczność. Marianne uznała, że ptaki siedzące na drutach wyglądają jak nuty – wręczyła Leonardowi gitarę i namówiła go do pisania o tym. Piosenka „Moving On” z pośmiertnego albumu Cohena w 2019 r. „Thanks for the Dance” jest również hołdem dla Marianne.

Żeby rozwijać karierę, Cohen zaczął coraz częściej wyjeżdżać do Montrealu, skąd pochodził. Początkowo spędzał pół roku tam, a drugie pół w Grecji. Później bywał na Hydrze tylko po kilka dni w roku. „W pewnym momencie poczułam, że nie chcę dłużej być sama. Byłam smutna" – wspominała w filmie Broomfielda Marianne. „Wkrótce potem przyszedł telegram od Leonarda: +Mam dom. Jedyne, czego potrzebuję, to mojej kobiety i syna+”. To wystarczyło, spakowała Małego Axela i przeniosła się do Cohena.

I to był błąd" - powiedziała Aviva Layton, znajoma Cohena. „Cały Leonard. To była fantastyczna wizja, ale gdy tylko wypowiedział te słowa, natychmiast przestał tego potrzebować. A Marianne, która była w nim głęboko zakochana, rzeczywiście przyjechała z Małym Axelem. I to była katastrofa” – dodała. Marianne zamieszkała z Leonardem, ale nie czuła się z nim szczęśliwa. Jej syn przesiadywał często w domu Laytonów, bo matka nie miała dla niego czasu i zapisywał ołówkiem całe ściany swoim imieniem. „To był okropny czas” – podsumowała Aviva Layton. Jej zdaniem „poeci są fatalnymi mężami”. „Nie możesz mieć ich na własność. Nie możesz mieć ich nawet częściowo. To nieuchwytne istoty zaślubione swojej muzie” - uznała.

Marianne jeździła za Cohenem, żeby towarzyszyć mu w trasach koncertowych. Oddała nawet 8-letniego syna do szkoły z internatem. Płakali oboje, ale uznała, że tak będzie lepiej. Jednak to też nie sprawiło, że ich związek stał się udany. „Marianne przyszła do mnie i powiedziała, że na Hydrze byli bardzo szczęśliwi” – wyznała Judy Collins, folkowa piosenkarka, która w 1965 r. wydała piosenkę Cohena „Suzanne”. „Ale wszystko się zmieniło, kiedy Leonard odkrył w sobie pieśniarza. Powiedział jej nawet, że zmarnowała mu życie”.

Po Montrealu przyszedł czas na Nowy Jork, gdzie Ihlen wciąż towarzyszyła Cohenowi. Jednak ona i jej syn (którego zabrała już że szkoły z internatem) mieszkali w innym mieszkaniu niż Leonard i wciąż nie udawało im się stworzyć stabilnej relacji. Mimo to, gdziekolwiek była, telegramy, które wysyłał jej Leonard, zawsze adresował do „Marianne Cohen”, chociaż nie byli małżeństwem. Jak wspominał Jan Christian Mollestad, nawet później, kiedy się rozstali, „on wciąż przesyłał jej pieniądze i pytał, jak czuje się jej syn”.

Byli jednocześnie razem i osobno. Okazywali sobie czułość i sentyment, ale dla Leonarda bardzo ważny był kontakt z publicznością, któremu w całości się poświęcał, nie mając czasu na rodzinę. „Myślę, że życiowa misja Leonarda przeważyła nad zwykłą potrzebą ustatkowania się” – powiedział Ron Cornellius, muzyk i producent współpracujący z Cohenem. „Leonard zawsze miał poczucie, że ściga coś, czego nie może uchwycić. Myślę, że sam nie wiedział, co tak ściga. Żył w mroku. Czasami znikał na 6 tygodni i nikt nie wiedział, jak go złapać. Wszystko przez bardzo głęboką depresję” – dodał.

Cohen był uwielbiany przez tłumy za empatię, jaką okazywał ludziom. Podczas koncertu w Nowym Jorku zszedł nawet ze sceny, żeby uściskać jednego z fanów, który na cały głos krzyczał „Chcę wiedzieć, co o mnie myślisz”. Jednak to, co kochali ludzie, było niejako przekleństwem dla Marianne. „Chciałam go wsadzić do klatki, zamknąć drzwi i połknąć klucz” – powiedziała. „Był zawsze rozchwytywany. Ludzie uwielbiali jego urok i współczucie. (…) Szalały za nim wszystkie dziewczyny. Strasznie mnie to raniło, zniszczyło mnie. Doprowadziło mnie niemal do samobójstwa. Chciałam umrzeć” – wyznała.

Reklama

Leonard Cohen nie stronił od kobiet i mimo deklarowanych uczuć do Marianne Ihlen, miał w życiu wiele romansów. W nagraniu cytowanym w filmie przyznał nawet, że „miał obsesję na punkcie zdobywania uwagi kobiet w pewnym okresie życia, w stopniu znacznie przekraczającym granice rozsądku”. „Stało się to dla mnie najważniejsze w życiu i doprowadziło do bardzo obsesyjnych zachowań” – przyznał. „Byłem ogromnie spragniony towarzystwa kobiet i wyrażania przyjaźni przez seks. Miałem dużo szczęścia, bo w latach 60. taka możliwość była wszechobecna” – wspominał.

Zdaniem biografki Sylvie Simmmons obsesja mogła mieć źródło w dzieciństwie Cohena, który „w najmłodszych latach życia był izolowany od kobiet”. „W szkole chłopcy uczyli się w jednej części, a dziewczęta w innej – i nie było między nami żadnej interakcji” – powiedział kolega z klasy Cohena, Mort Rosengarten, cytowany przez Simmons w książce „Leonard Cohen. Jestem twoim mężczyzną”. Simmons pisze też, że kiedy Leonard jako nastolatek parał się hipnozą, zahipnotyzował gosposię, żeby kazać jej zdjąć ubranie. „Dla młodego Leonarda musiała to być niesamowita chwila. Zakończona sukcesem fuzja tajemnej wiedzy i seksualnej tęsknoty” – czytamy w książce. „Leonard zawsze skarżył się, że nie ma dziewcząt. Że nie może żadnej zdobyć” – dodał Rosengarden. Tak według Simmons „w życiu Leonarda Cohena mógł się zrodzić niezaspokojony głód”, a na trudności z wejściem w dojrzałe relacje mógł mieć wpływ „brak męskich wzorców w jego życiu”.

Leonard nie miał problemów z kobietami” – przyznał Billy Donovan, menadżer Cohena. „Jestem któregoś dnia w hotelu Myfair i widzę, jak wysiada z taksówki z bardzo ładną kobietą. Znikają, schodzą parę godzin później, ona wychodzi, on gdzieś dzwoni i po półgodzinie wraca z inną kobietą. Miewał kilka kobiet dziennie” – opowiadał. Marianne przyznała, że to właśnie w czasie pobytu w Nowym Jorku „podjęła bardzo ważną decyzję i zrobiła to w zgodzie ze swoją intuicją”. „Zdecydowałam, że ja i Leonard nie będziemy mieli wspólnych dzieci” – wyjawiła. Jak twierdzi Helle Goldman – tłumaczka biografii Marianne Ihlen „So Long Marianne” - sytuacja przysporzyła Marianne dużo cierpienia. „Była bardzo miłą, sympatyczną i hojną osobą. Naprawdę słuchała, gdy się do niej mówiło – mało ludzi to potrafi” – powiedziała Goldman.

Marianne także zaczęła wdawać się w romanse. W efekcie spędzała coraz mniej czasu z synem, który w konsekwencji wpadł w depresję i większość dorosłego życia spędził w szpitalu psychiatrycznym. Podobnie stało się zresztą z ogromną częścią ludzi, których Marianne spotkała na Hydrze. Niewielu z jej przyjaciół dożyło wieku średniego, bo po wyjeździe z wyspy, przypominającej raj, nie radzili sobie w zderzeniu z rzeczywistością, a realny świat ich przytłaczał. Wpadali w alkoholizm, narkotyki i popełniali samobójstwa.

Wraz z upływem czasu Marianne zaczęła dystansować się do relacji z Leonardem. „Jak długo mogliśmy być zakochani, nie rozwiązując swoich problemów?” – zapytała w filmie. „Rozpoznałam tę sytuację. Już nie umieliśmy się porozumieć. Nic nie mogliśmy osiągnąć, nie rozumieliśmy siebie nawzajem, Leonard naturalnie pogrążył się w muzyce i pisaniu. Żadne z nas nie chciało dać za wygraną” – wyjaśniła.

Marianne zaczęła pojawiać się u Leonarda coraz rzadziej. W latach 70. I 80. XX w. cały czas jednak towarzyszyła mu w trasach koncertowych, a kiedy była na Hydrze, wymieniali ze sobą pocztówki. Mimo niezamkniętej relacji z nią, Leonard związał się w tym czasie z dużo młodszą Suzanne Elrod – i urodziło im się dziecko. „Leonard tak naprawdę przez długi czas utrzymywał dwie rodziny" – powiedziała Judy Collins. „Mówił, że kiedy jest z Marianne i Axelem na Hydrze, czuje, że tam jest jego miejsce, ale kiedy był w Montrealu z Suzanne i niemowlęciem, twierdził, że tam przynależy. Nie mógł sobie tego poukładać w głowie” – stwierdziła.

Jednak to właśnie Elrod przyczyniła się do definitywnego rozpadu związku Cohena z Ihlen. „Trzeba było kogoś takiego jak Suzanne, żeby definitywnie zakończyć tę relację” – powiedziała Aviva Layton. „Robiła wszystko, co przychodziło jej na myśl, żeby przywiązać do siebie Leonarda wszelkimi koniecznymi środkami” – dodała.

Marianne wyjechała wtedy do Oslo i w 1979 r. wyszła za Norwega Jana Stanga, czego od zawsze oczekiwali od niej jej rodzice. „Myślę, że po tych wszystkich poszukiwaniach siebie i własnej tożsamości na Hydrze, czy gdzie indziej, z pierwszym mężem pisarzem, i drugim partnerem pisarzem i pieśniarzem, kiedy miała poczucie siebie wyłącznie obok nich, w odniesieniu do nich, dopiero po powrocie tutaj udało jej się odnaleźć siebie” – powiedziała Helle Goldman.

Marianne i Leonard spotkali się dopiero podczas jego koncertu w Oslo w 2008 r.– Cohen podarował Ilhen bilety w pierwszym rzędzie. „Była to historia miłosna w 50 rozdziałach, ale bez bycia razem” – podsumował Jak Christian Mollestad. „Jakiś zakątek jej serca do końca życia był zaślubiony Leonardowi. To było piękne w historii Leonarda i Marianne: mieli dla siebie nawzajem to miejsce do samego końca – i to nic gorzkiego, koniec był prześliczny” – stwierdził.

Kiedy w 2016 r. Marianne Ihlen umierała na białaczkę, napisała do Mollestada SMS-a z prośbą o zajęcie się jej synem, mężem Janem oraz poinformowanie o jej stanie Leonarda Cohena. Następnego dnia przyszedł do niej list: „Najdroższa Marianne, jestem tuż za tobą, blisko na tyle, żeby wziąć cię za rękę. Nigdy nie zapomniałem twojej miłości i urody, ale przecież o tym wiesz. Nic więcej nie muszę mówić. Bezpiecznej drogi, dawna przyjaciółko. Zobaczymy się tam wkrótce. Z wyrazami nieskończonej miłości i wdzięczności – twój Leonard”. Zdaniem Mollestada, był to komunikat od Leonarda, „na który Marianne czekała całe życie”. Leonard Cohen zmarł trzy miesiące później.

Leonard Cohen urodził się w 1934 r. w Kanadzie, jako syn żydowskich emigrantów z Europy Środkowej. Otrzymał edukację na poziomie średnim, zaczął studia na anglojęzycznym Uniwersytecie McGilla w rodzinnym mieście i jeszcze w trakcie studiów zdobył nagrodę McNaughton Prize za osiągnięcia literackie. W maju 1956 r. wydał swój pierwszy tom poezji „Let Us Compare Mythologies”.

Na przestrzeni następnych lat pisał i publikował poezję oraz wydał dwie powieści: „The Favorite Game” (1963) oraz „Beautiful Losers” (1966). Choć nauczył się grać na gitarze w wieku trzynastu lat, a wcześniej zaczął pisać piosenki, początkowo traktował muzykę w sposób czysto rekreacyjny i nie zamierzał zostać piosenkarzem. Przypadkową sławę przyniosła mu piosenka „Suzanne”, której profesjonalną wersję nagrała folkowa piosenkarka Judy Collins. Utwór ten stał się radiowym przebojem 1965 r.. Pierwszy publiczny występ Leonarda Cohena jako piosenkarza miał miejsce 30 kwietnia 1967 r. w Town Hall w Nowym Jorku, na koncercie charytatywnym na rzecz organizacji domagającej się zaprzestania prób z bronią jądrową. Przy akompaniamencie gitary klasycznej i niewielkiego zespołu Cohen śpiewał monotonnym, ciepłym barytonem swoje teksty, łączące religijne i interkulturowe aluzje z czarnym humorem.

Nadzwyczajną popularność Cohen zyskał w Polsce, gdzie w latach osiemdziesiątych był bardziej znany niż w rodzinnej Kanadzie. Było to zasługą popularyzatorskiej działalności Macieja Zembatego, jego (wspólnych z Maciejem Karpińskim) tłumaczeń tekstów piosenek i wykonań polskich coverów. Gdy w 1985 Leonard Cohen przyjechał na trasę koncertową do Polski, występował przy pełnej widowni w największych halach koncertowych. Podczas pobytu w Polsce spotkał się z Lechem Wałęsą oraz wygłosił szereg pro-solidarnościowych oświadczeń. Wskutek tych działań jego piosenki przez wiele miesięcy nie były emitowane w Polskim Radiu.

24 października 2003 otrzymał z rąk gubernatora generalnego Kanady Adrienne Clarkson „Order of Canada”, najwyższe odznaczenie kanadyjskie, przyznane mu za wybitny wkład w rozwój kanadyjskiej kultury.

Autorka: Karolina Sarniewicz/PAP