"Obywatel Jones" Agnieszki Holland to oparta na faktach historia młodego walijskiego dziennikarza Garetha Jonesa piszącego w latach 30. XX wieku, który odkrył tajemnicę Wielkiego Głodu na Ukrainie. Publikacje Jonesa nie tylko pokazały Zachodowi, co działo się na Ukrainie, ale także zainspirowały George'a Orwella do napisania "Folwarku zwierzęcego".

Jak odkryła pani historię Garetha Jonesa?

Agnieszka Holland: Po raz pierwszy zetknęłam się z jego nazwiskiem w książce "Skrwawione ziemie" Timothy’ego Snydera. Od dawna interesuję się historią tego regionu i zbrodni Stalina. W latach 80., o ile dobrze pamiętam, powstała duża praca na temat Wielkiego Głodu, ale była niekompletna. Książka Snydera pozwoliła mi uaktualnić wiedzę. Ale nie znałam tej historii w takim stopniu jak Andrea Chalupa, która kilka lat temu podsunęła mi scenariusz filmu. To amerykańska dziennikarka, jej rodzice są Ukraińcami, a dziadek był ofiarą Wielkiego Głodu i jednym ze świadków zeznających przed Kongresem Amerykańskim, gdy badano tę zbrodnię. To także on opowiedział jej o ważnym dla Ukraińców połączeniu "Folwarku zwierzęcego" Orwella ze sprawą Wielkiego Głodu.

Scenariusz Andrei bardzo mnie zainteresował. Wprawdzie wtedy jeszcze czasy były spokojniejsze i być może przez to mniej korespondujące z tym tekstem, ale poczułam że jest w tym także przesłanie odnoszące się do współczesności. Chciałam nie tylko opowiedzieć o okrutnej zbrodni przeciwko ludzkości, ale też zwrócić uwagę widza na zagrożenia, z którymi mamy do czynienia obecnie.

Można właściwie odnieść wrażenie, że ten film jest tylko osadzony w przeszłości, ale tak naprawdę jego głównym tematem jest manipulowanie faktami przez polityków i media.

Teraźniejszość i przeszłość przenikają się, bo podstawowe zagrożenia nie zmieniły się do tej pory. Ciągle mamy do czynienia z manipulacją, fake newsami, propagandą, obojętnością publiczności, tchórzostwem polityków. Różnica polega na tym, że dzisiaj dziennikarstwo jest w jeszcze trudniejszej sytuacji niż dawniej. Wiemy, jak ogromny nacisk na media wywierają politycy i komercja. A także, jak rozmywa się obiektywność i niknie nasze zaufanie do faktów, podawanych w Internecie. Uważam, że odważne, obiektywne dziennikarstwo, które nie byłoby ani skorumpowane ani tożsamościowe, to jedna z istotnych i palących potrzeb współczesności.

Jako reżyserka poczuła pani moralną powinność, by o tym opowiedzieć?

Nie lubię w kontekście sztuki słowa "powinność". Uważam, że sztuka to obszar wolności, w którym człowiek ma prawo zrezygnować z obowiązków społecznych i moralnych. Dla mnie dobra sztuka to ta, która wychodzi ze strefy komfortu i eksploruje rzeczy bolesne albo nowe – zarówno pod względem formy, sposobu mówienia o rzeczywistości, jak i tematyki. Ja akurat mam temperament obywatelski. Trudno byłoby mi obserwować te wszystkie narastające zagrożenia i milczeć. Ten film to dla mnie naturalna reakcja. Ale nie jest tak, że potępiam ludzi, którzy nie mają takich uczuć i robią filmy liryczne, psychologiczne albo czysto formalne.

Wracając jeszcze do zagrożeń – coś, czego się obawiam we współczesnym kinie, to eskapizm wynikający po części z wsobności twórców, ich skupienia na sobie, a z drugiej strony będący efektem niektórych trendów – i to zarówno jeśli chodzi o kino komercyjne, jak i festiwalowe. W czasach silnej polaryzacji, gdy społeczeństwa są właściwie podzielone na dwie połowy, film, który można zidentyfikować ideowo czy politycznie pozbawia twórcę potencjalnie połowy publiczności. M.in. dlatego wielkie platformy telewizyjne przestały produkować polityczne rzeczy.

Film fabularny lepiej niż dokumentalny pozwala uchwycić przenikającą się przeszłość i teraźniejszość?

Film dokumentalny również mógłby to zrobić, ale wiąże się z większym ryzykiem manipulacji. Podporządkowując rzeczywistość określonej dramaturgii czy tezie, można bardzo łatwo zamienić przekaz w propagandę. Fabuła jest dla mnie naturalną formą. Ma więcej warstw emocjonalnych i znaczeniowych. Ułatwia budowanie empatii, pozwala widzowi utożsamić się z bohaterami. A w końcu nie chodzi tylko o przekazanie faktów czy wyjaśnienie mechanizmów, ale też o wywołanie współuczestniczącej reakcji. Żeby widz mógł poczuć emocje, które zamienią się później w głębszą refleksję. Nie tylko czysto poznawczą.

Gareth Jones nie jest należy do bohaterów złamanych, którzy pod wpływem różnych okoliczności przechodzą przemianę. Konsekwentnie trzyma się swojego systemu wartości. Grający go Brytyjczyk James Norton dotychczas grał głównie w serialach. Od początku widziała go pani w tej niełatwej roli?

Brałam też pod uwagę kilku aktorów, ale James wydał mi się najciekawszy i najbardziej obiecujący aktorsko. Rzeczywiście, Gareth Jones nie należy do wielkich, wyjątkowo barwnych postaci. To był po prostu dobrze wychowany Brytyjczyk, który miał swoje ekscentryzmy. Był młody i naiwny. Właśnie takiego chcieliśmy go pokazać. Przy tej roli doskonale sprawdził się minimalizm środków Jamesa. To jest bardzo zdolny aktor. Zresztą w ogóle w tym pokoleniu Brytyjczyków jest wiele dobrych aktorów i aktorek. Telewizja daje im o wiele większe możliwości niż filmy, bo te są na ogół słabe i nie operują pełną skalą emocji. Seriale telewizyjne to współczesne kino środka, w którym aktor ma szansę zbudować pogłębioną postać.

W przeszłości zajmowała się pani także tematem innej okrutnej zbrodni - Holokaust. Poświęciła mu pani m.in. filmy "Europa, Europa" i "W ciemności". W jakim sensie "Obywatel Jones" był dla pani nowym doświadczeniem?

Najbardziej energetyczne i pociągające w robieniu filmów wydaje mi się to, że za każdym razem ta praca jest podróżą w nieznane. "Obywatel Jones" był nią tym bardziej, ponieważ pracę nad nim rozpoczęliśmy od wyjazdu na Ukrainę. Kiedy ma się przed sobą perspektywę zrekonstruowania tak okrutnej zbrodni, pojawia się mnóstwo lęków, ale też ogromne poczucie odpowiedzialności. Trzeba wejść w tę rzeczywistość w sposób pogłębiony. Po latach pracy nad filmami o Holokauście odnoszę wrażenie, jakbym żyła w tamtych czasach. To są niezwykle ważne i zarazem bolesne doświadczenia. Ale za każdym razem zmienia się ekipa, pojawiają się nowi aktorzy. Takie spotkania bardzo inspirują i podnoszą poprzeczkę.

Co teraz przed panią?

Właśnie kończę nowy film. W koprodukcji irlandzko-słowacko-polskiej realizujemy dość kameralny dramat, ale za to o epickiej skali, ponieważ jego akcja rozgrywa się na przestrzeni 50 lat. "Szarlatan" to historia oparta na biografii zapomnianego już dzisiaj, a kiedyś bardzo słynnego czeskiego uzdrowiciela Jana Mikolaska, który leczył ludzi za pomocą ziół. Sądzę, że to będzie zupełnie inny film. Ale jestem jeszcze w trakcie montażu, więc na razie nie mogę przesądzać, jaki będzie efekt finalny.

Natomiast bardzo chciałabym zrobić film, który opowiadałby współczesną historię, ale w taki sposób, żeby nie była ona wyrażona w gotowych tezach, ale ukrywała się pod powierzchnią. Tak, aby widz wyczuwał ją podświadomie, by stanowiła dla niego odkrycie. Tego typu filmy najbardziej mnie poruszają, ale niewielu twórcom udaje się do czegoś takiego dotrzeć. Sama od dłuższego czasu szukam tematu, który by mi to umożliwił. Jak dotąd go nie znalazłam.

Rozmawiała Daria Porycka/PAP

Światowa premiera filmu "Obywatel Jones" odbyła się w lutym podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie. Pierwsze pokazy przed rodzimą publicznością odbywają się podczas trwającego we Wrocławiu 19. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Nowe Horyzonty. Na ekrany polskich kin film trafi 25 października. (PAP)