Wszystko za sprawą grającej główną rolę Meksykanki Yalitzy Aparicio, a raczej jej pochodzenia. Urodziła się w niewielkim miasteczku Tlaxiaco w stanie Oaxaca w centralnym Meksyku i ma indiańskie korzenie. Jej ojciec jest Mistekiem, a matka pochodzi ze społeczności Triqui. Czyni to Yalitzę pierwszą kobietą o pochodzeniu rdzennym, która została nominowana do Oskara. Niestety decyzja Amerykańskiej Akademii Filmowej nie przez wszystkich została odebrana jako powód do radości.

Aktorka po jej ogłoszeniu spotkała się z bezprecedensową falą hejtu. Nie ograniczył się on tylko i wyłącznie do anonimowych, internetowych wpisów o charakterze rasistowskim. Ogromnym echem odbiły się słowa jednego z gwiazdorów meksykańskich seriali klasy B, produkowanych przez koncern Televisa, Sergio Goyriego.

Komentując on nominację dla Yalitzy nazwał ją "pieprzoną Indianką", mającą do powiedzenia, co najwyżej "tak proszę pani, nie proszę pani". Aktora nagrano z ukrycia w restauracji, a filmik z jego udziałem został szeroko rozpowszechniony w mediach społecznościowych. Chociaż wywołał on oburzenie, a Goyri przeprosił za swoje słowa, to jednak odzwierciedlają one, to co naprawdę myśli duża część społeczeństwa meksykańskiego, ale także i inni mieszkańcy krajów Ameryki Łacińskiej i Stanów Zjednoczonych o ludziach pochodzenia rdzennego.

O ile Cuarón zapewniał, że w żadnym wypadku nie miał intencji, by "Roma" stała się manifestem politycznym, a jego celem był raczej sentymentalny powrót do czasów swojego dzieciństwa i opisanie realiów panujących w Meksyku w latach 70-ych, o tyle niewątpliwie reakcje, które film wywołał, tym manifestem go uczyniły.

Czarno-białe dość ascetyczne, jeśli chodzi o dialogi dzieło, skupia się na codziennym życiu Cleo, czyli służącej mieszkającej wraz z typową meksykańską rodziną, reprezentującą wyższą klasę średnią. Pani domu Sofia (Marina de Tavira) stara się uporać z niesforną czwórką dzieci, ale i przedłużającą się nieobecnością męża, który wdał się w romans z inną kobietą, natomiast Cleo musi stawić czoła swoim problemom. Jednym z nich staje się nieplanowana ciąża, w którą zachodzi ze swoim narzeczonym, mężczyzną o szemranej reputacji, wielbicielem sztuk walki, który na wiadomość, że zostanie ojcem, zrywa kontakt z główną bohaterką.

Jednak na pierwszy plan filmu wcale nie wysuwa się osobisty dramat Cleo ani jej Pani, ale to z jaką ofiarnością i poświęceniem służy rodzinie, u której pracuje, ryzykując nawet własne życie, by pomóc jej członkom. W zamian często nie otrzymuje nawet dobrego słowa.

Los Cleo to odzwierciedlenie tysiąca innych losów kobiet, takich jak ona. I chociaż Cuarón opisuje realia lat 70-ych, to reakcja na sukces Yalitzy w samym Meksyku, ale i poza nim pokazuje, że wielu przedstawicieli klasy średniej w obydwu Amerykach nadal widzi osoby o indiańskim pochodzeniu, tylko i wyłącznie w rolach służebnych wobec bogatej części społeczeństwa. Bo jak zapytał retorycznie Juan José Origel, prowadzący w meksykańskiej stacji telewizyjnej Televisa program rozrywkowy "Intruzi", jak to możliwe, że Aparicio jeszcze do tego ze swoją matką, znalazły się na czerwonym, hollywoodzkim dywanie.

Jednym z argumentów podnoszonych przeciwko nowej meksykańskiej gwieździe jest fakt, że nie jest ona profesjonalną aktorką, a naturszczykiem. Yalitza jest z wykształcenia nauczycielką nauczania początkowego, co wziąwszy pod uwagę realia społeczne panujące w Ameryce Łacińskiej, jest dla niej już i tak sporym awansem społecznym. Ku rozpaczy jej przeciwników nie przeszkodziło to Yalitzi trafić na okładkę grudniowego, meksykańskiego Vogue’a, a tytuł poświęconego jej artykułu został na niej umieszczony w dwóch wersjach językowych – po hiszpańsku i w języku Misteków. Był to precedens, ponieważ mainstreamowe media rzadko dotychczas zwracały uwagę na przedstawicieli ludności rdzennej, chociaż są oni większością zamieszkującą Meksyk, a już na pewno żadna z takich osób nie trafiła na okładkę tak prestiżowego pisma. Publikacja poważnie naruszyła struktury skostniałych standardów kulturowych, które zostały w pewien sposób zmuszone do otwarcia swoich dotychczas szczelnie zamkniętych wrót na takie osoby, jak Yalitza.

Oliwy do ognia dolała także sesja zdjęciowa autorstwa Cuarona z udziałem Yalitzy Aparicio na tle muru na granicy meksykańsko-amerykańskiej w Tijuanie. Tym razem był to prztyczek w nos prezydenta Donalda Trumpa i bardziej konserwatywnej części amerykańskiego społeczeństwa.

Chociaż reżyser mówi, że w jego oskarowym dziele nie należy doszukiwać się podtekstów politycznych, to jednak otwarcie krytykował dążenia amerykańskiego przywódcy do tego, by zbudować mur, całkowicie odgradzający Meksyk od Stanów Zjednoczonych. Cuaron nie wypiera się, że sesja zdjęciowa z udziałem Yalitzy miała zwrócić uwagę, na jego zdaniem, niesprawiedliwą politykę Waszyngtonu wobec przyszywszy z Ameryki Łacińskiej. Jak powiedział reżyser: Ludzie, którzy wyglądają jak Yalitza są uznawani w Meksyku i w innych krajach za nic niewartych. Yalitza jest przecież bardzo podobna do osób, które próbują przekroczyć amerykańską granicę w poszukiwaniu lepszego życia. Miejmy nadzieję, że dzięki uznaniu Amerykańskiej Akademii Filmowej dla mojego filmu, ten symboliczny jak i rzeczywisty mur zacznie się rozpadać. 

Czy oskarowe dzieło Cuaróna zdoła wpłynąć na ludzkie postawy? Przekonamy się w przyszłości. Na razie udało mu się, jak to napisał najbardziej opiniotwórczy hiszpańskojęzyczny dziennik "El Pais", wywołać prawdziwe "trzęsienie ziemi".